|

"Michnik
jest manipulatorem.
To jest człowiek
złej woli, kłamca, oszust intelektualny."
- Zbigniew Herbert
koncesjonowany przez SB i PZPR "opozycjonista",
dywersant
i komunista Adam Michnik - Aaron
Szechter i jego szef gen. Służby Bezpieczenstwa
Czesław Kiszczak
Załgany rodowód
Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś zachowanie Michnika, podkreślał jego
niebywałą skłonność do kłamstwa, to, że potrafi łżeć w żywe oczy,
dosłownie iść w zaparte. Trzeba przyznać, że szczyt łgarstwa osiąga
Michnik już przy najnowszych opisach rodowodu swojej rodziny. Kiedy na
przykład stara się maksymalnie wybielić postać swego ojca Ozjasza
Szechtera, członka Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej
Ukrainy. I pisze o nim, że czuł się on jak absolutnie polski Polak
(Między Panem a Plebanem, Kraków 1995, s. 50). Nie wyjaśnia tylko
nigdzie, co ten absolutnie polski Polak szukał w Komunistycznej Partii
Zachodniej Ukrainy i jak zawędrował na sam jej wierzchołek z tą swą
rzekomą dumą z polskiej tożsamości (tamże, s. 50).
Przypomnijmy, że Komunistyczna Partia
Zachodniej Ukrainy konsekwentnie dążyła do rozbicia Polski, oderwania
wielkiej części jej ziem i przyłączenia do już rusyfikowanej skrajnym
sowieckim terrorem wschodniej Ukrainy. Dodajmy, że według książki H.
Piecucha: Akcje specjalne (Warszawa 1996, s. 76), ten absolutnie polski
Polak Ozjasz Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce.
I wchodził wraz z Brystygierową, Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem i
innymi w skład wydzielonej komórki, bezpośrednio podporządkowanej
Moskwie.
Podczas tajnych rozmów z komuną w Magdalence,
w czasach "reglamentacji" - ...wszystko na kartki

Od lewej:
Tadeusz Mazowiecki
- Icek Dikman,
Lech Walęsa - Lejba Kohne, pijący zdrowie generałów Adam Michnik
- Aaron Szechter, Janusz
Reykowski i uszczęśliwiony Aleksander Kwaśniewski - Izaak
Stoltzman
Od lewej:
Lech Walęsa - Lejba Kohne, pijący zdrowie
generałów Adam Michnik - Aaron Szechter, Janusz Reykowski i szef SB gen. Czesław
Kiszczak
Komuniści - konfidenci
Według najlepszego jak dotąd opracowania dziejów przedwojennych
komunistów pióra Jana Alfreda Reguły (Mitzenmachera), Szechter, bardzo
znany działacz KPZU, został aresztowany wraz z grupą innych działaczy
KPZU jesienią 1930 r. Jak pisze Reguła: Oskarżeni sypali innych
towarzyszy partyjnych (...) przodowali w tym komuniści, zajmujący
stanowiska kierownicze (...) okazało się, że ci bohaterowie byli
skończonymi tchórzami (J.A. Reguła: Historia Komunistycznej Partii
Polski, Warszawa 1934, s. 243). Michnik w wywiadzie z Danielem Cohn
Benditem stwierdził: Mój ojciec byl bardzo znanym działaczem
komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu. Po
wojnie nie odgrywał żadnej roli. Nie odgrywał, bo nie chciał jej
odgrywać (cyt. za: L. Żebrowski: Paszkwil „ Wyborczej", Warszawa 1995,
s. 35). Zdaniem Żebrowskiego (op. cit., s. 35): Bardziej prawdopodobne
jest jednak to, iż z powodu zaszłości nie powierzono mu wysokich funkcji
partyjnych.
Według Adama Michnika kapo wojnie jego ojciec rzekomo już nie wierzył w
komunizm, doskonale wiedział, że cały realny socjalizm to wielkie
świństwo i paskudztwo (op. cit., s. 53). A nawet według zwierzeń
Michnika o ojcu: Miał on poglądy straszliwie antyreżimowe,
antysowieckie, a w związku z tym antykomunistyczne (według: Polityka
Polska, grudzień 1990, s. 34). I ten wielki antykomunista Ozjasz
Szechter, który uważał realny socjalizm za wielkie świństwo, po wojnie
jednak wstąpił do PZPR. Gdy ksiądz Tischner zdziwiony zapytał Michnika o
to: Zapisał się, chociaż nie wierzył? Michnik odpowiednio „wyjaśnił":
Absolutnie nie wierzył, ale potem to sobie racjonalizował. Skoro nic się
nie da poradzić na sowiecką przemoc... (Między Panem... op. cit., s.
51). Ze zwierzeń Michnika w Polityce Polskiej dowiadujemy się również,
że od ojca już w pierwszych rozmowach otrzymał niezwykle mocny zastrzyk
myślenia antyreżimowego. Był to rzeczywiście „mocny" zastrzyk, jeśli nie
przeszkodził Michnikowi już w młodości w działaniu przez lata w
komunistycznym „czerwonym harcerstwie" walterowców, a jeszcze podczas
swego procesu w 1969 r. w gromkich zapewnieniach, że jest komunistą!
Brat - morderca sądowy
W "Między panem a plebanem" (op. cit., s. 50) znajdujemy kolejne łgarstwo Michnika o ojcu: "Przez wszystkie lata bardzo konsekwentnie unikał peerelowskiej kariery". Jak więc wytłumaczyć piastowanie przez Ozjasza Szechtera w czasach stalinowskich stanowiska zastępcy redaktora naczelnego skrajnie serwilistycznego organu związków zawodowych - "Głosu Pracy" (od 1 stycznia 1951 r. do 11 marca 1953 r.). Ciekawe, że szefem Szechtera w tej gazecie kadłubowych związków zawodowych był Bolesław Gebert, ojciec obecnego podwładnego Michnika - Dawida Warszawskiego (Geberta).
Wpływ wychowawczy "wielkiego antykomunisty" Ozjasza Szechtera jakoś nie zaszkodził w PRL-owskiej karierze starszego brata Adama - mordercy sądowego Stefana Michnika. Należy on do grupy stalinowskich katów, którzy winni odpowiadać przed sądem Rzeczypospolitej za zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu. Prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz pisał na łamach "Rzeczpospolitej" (z 18 marca 1996 r.) o kapitanie Stefanie Michniku jako członku jednej z dwóch grup sędziów najbardziej odpowiedzialnych za mordercze wyroki. Był on bowiem członkiem grupy sędziów, którzy orzekali wyroki śmierci w sprawach, w których doszło później do pełnej pośmiertnej rehabilitacji osób skazanych na śmierć.
Jeszcze jako młody podporucznik Stefan Michnik został dopuszczony do sądzenia spraw oficerów dużo wyższych od niego stopniem. Niejednokrotnie wchodził do składów sędziowskich w warszawskim Wojskowym Sądzie Rejonowym, który miał najwięcej spraw "ciężkiego kalibru" o wielkim politycznym znaczeniu, oczywiście spraw całkowicie sfabrykowanych. Wyrokował w tzw. sprawach tatarowskich.
| Stefan Michnik-Szechter - sądowy morderca |
Stefan Michnik nie zawiódł pokładanego w nim zaufania. Sądził tak, jak od niego oczekiwano, nieuczciwie i bezwzględnie, wydając surowe wyroki, w tym wyroki śmierci na osoby całkowicie niewinne. I został za to dobrze wynagrodzony, awansując w 1956 r. w wieku zaledwie 27 lat do stopnia kapitana.
Jako podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach majora Zefiryna Machalli, pułkownika Maksymiliana Chojeckiego, majora Jerzego Lewandowskiego, pułkownika Stanisława Weckiego, majora Zenona Tarasiewicza, pułkownika Romualda Sidorskiego, podpułkownika Aleksandra Kowalskiego (por. "Dokumenty. Mieczysław Szerer. Komisja do badania odpowiedzialności za łamanie praworządności 10 czerwca 1957", paryskie "Zeszyty Historyczne", 1979, nr 49, s. 156-157, i J. Poksiński, My sędziowie, nie od Boga..., Warszawa 1996, s. 276).
Wydał w tych procesach surowe wyroki, w tym kilka wyroków śmierci.
Był sędzią między innymi w procesach:
- majora Zefiryna Machalli (wyrok śmierci,
pośmiertnie rehabilitowany)
- pułkownika Maksymiliana Chojeckiego
(niewykonany wyrok śmierci)
- majora Jerzego Lewandowskiego
(niewykonany wyrok śmierci)
- pułkownika Stanisława Weckiego wykładowcy
Akademii Sztabu Generalnego (13 lat więzienia, zmarł torturowany, pośmiertnie
zrehabilitowany)
- majora Zenona Tarasiewicza
- pułkownika Romualda Sidorskiego
redaktora naczelnego Przeglądu Kwatermistrzowskiego (12 lat więzienia,
zmarł wskutek złego stanu zdrowia, pośmiertnie zrehabilitowany)
- podpułkownika Aleksandra Kowalskiego
- majora Karola Sęki, artylerzysty spod
Radomia, przedwojennego oficera, potem oficera Narodowych Sił
Zbrojnych (wyrok śmierci, stracony w 1952 roku)
10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez Michnika majora Zefiryna Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.). Stefan Michnik wydał wyroki śmierci również na byłego polskiego attaché wojskowego w Londynie, pułkownika M. Chojeckiego i na majora J. Lewandowskiego. Ci mieli więcej szczęścia, wyroku nie wykonano. W przypadku płk. Chojeckiego zadecydowało to, że wiceminister MBP Romkowski chciał wykorzystać Chojeckiego jako świadka w innym procesie. Dzięki temu Chojecki dożył 1956 r., a 28 marca 1956 r. jego sprawa została umorzona z powodu całkowitego braku dowodów winy. 8 grudnia 1954 r. zmarł, niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w odbywaniu kary więzienia, skazany przez Michnika na 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki, były wykładowca Akademii Sztabu Generalnego, przez dwa lata więzienia torturowany, pośmiertnie uniewinniony (por. J. Poksiński, TUN, Warszawa 1992 r.).
Ciężkie przejścia więzienne przyspieszyły śmierć innego skazanego przez Michnika (na 12 lat więzienia) płk. Romualda Sidorskiego, byłego naczelnego redaktora "Przeglądu Kwatermistrzowskiego". W marcu 1955 r. ze względu na bardzo zły stan zdrowia udzielono mu przerwy w odbywaniu kary; zmarł wkrótce. Został pośmiertnie zrehabilitowany 25 kwietnia 1956 r.
Wyroki śmierci w głośnych sprawach wysokich oficerów z grupy generała Tatara wcale nie były jedynymi wyrokami śmierci, które orzekł Stefan Michnik. Tylko że te inne wyroki - w sprawach oficerów podziemia niepodległościowego, są dużo mniej znane. Tak jak podpisany przez Stefana Michnika wyrok śmierci na majora Karola Sęka, który miałem możliwość oglądać w listopadzie 1994 r. na wystawie na UMCS w Lublinie, uczestnicząc tam w panelu na temat "Żołnierzy wyklętych" (tj. żołnierzy polskiego niepodległościowego podziemia po 1944 r.). Major Karol Sęk, artylerzysta spod Radomia, przedwojenny oficer, potem oficer Narodowych Sił Zbrojnych, został stracony z wyroku sędziego wojskowego Stefana Michnika w 1952 r.
Stefan Michnik "niewiele rozumiał, ale podpisywał wyroki śmierci i czuwał nad ich wykonaniem". A były to wyroki godzące w najlepszych polskich patriotów. Tak jak w przypadku kierowanego przez Stefana Michnika wykonania wyroku śmierci na wspaniałym polskim patriocie Andrzeju Czaykowskim, cichociemnym, powstańcu warszawskim, zastępcy dowódcy połączonych baonów "Oaza-Ryś" na Mokotowie i Czerniakowie. Odznaczonym za bohaterstwo w walce z Niemcami Krzyżem Virtuti Militari. Zamordowano go na Mokotowie 10 października 1953 r. pod nadzorem porucznika Stefana Michnika (por. opis tej tragedii pióra P. Jakuckiego, "Zamordowany za patriotyzm", "Gazeta Polska", 20 października 1994 r.).
Hańba domowa
Myślę, że sprawa brata - stalinowskiego zbrodniarza, stanowi jeden z kluczy, wyjaśniających ciągły flirt Adama Michnika z komunistami po czerwcu 1989 r. Chodziło o łączący go z nimi równie głęboki strach przed rozliczeniami i pełnym pokazaniem "hańby domowej" czy "hańby rodzinnej". Mając stalinowskiego kata w rodzinie, Michnik robił wszystko, aby nie doszło do prawdziwych rozliczeń ze zbrodniami komunizmu, opublikowania ksiąg hańby, bo uznał to za niezwykle groźne dla własnej legendy.

Przypomnę tu, że Adam Michnik usprawiedliwiał wyroki wydawane przez swego brata (nigdzie nie podając jednak, że chodziło o wyrok śmierci) tym, że: "Kiedy zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziestoparoletnim człowiekiem, który niewiele rozumiał z tego, co się działo" ("Między panem...", s. 48). Wyjaśnijmy więc, że młody porucznik Stefan Michnik gorączkowo rwał się do sądzenia w sfabrykowanych procesach wojskowych nad dużo wyższymi od niego stopniem majorami czy pułkownikami, bo widział w tym szansę błyskawicznego przyspieszenia swojej kariery. I rzeczywiście uległa ona radykalnemu przyspieszeniu - już w wieku 27 lat awansował na kapitana.
bandyci PRLu
koncesjonowany "opozycjonista" Adam Michnik - Aaron
Szechter (ich człowiek i agent),
gen. SB
Czesław Kiszczak, Ireneusz Sekuła i gen. Wojciech
Jaruzelski
Przy obrazie rodowodu Adama Michnika warto wspomnieć również o roli jego matki, zaangażowanej komunistki sprzed wojny - Heleny Michnik.
Po wojnie wsławiła się głównie dogmatycznymi podręcznikami, zalecającymi m.in. jak najskuteczniej walczyć z religią katolicką. Oto przykładowy fragment jej zaleceń zamieszczony w "Komentarzu metodycznym dla klasy IX ogólnokształcącej szkoły korespondencyjnej stopnia licealnego" do podręczników: E. Kosiński "Historia wieków średnich", A.W. Jefimow "Historia nowożytna", S. Missalowa i J. Schoenbrenner "Historia Polski", Warszawa 1953 r.: "(...) Nie wystarczy np. powiedzieć, że Kościół był główną podporą feudalizmu, lecz trzeba to udowodnić. Udowadniać będziecie w ten sposób: Kościół był główną podporą feudalizmu, ponieważ: 1) głosił, że władza królewska pochodzi od Boga, a więc poddanym nie wolno się buntować; 2) głosił wieczność feudalizmu i zasady nierówności społecznej; 3) stosował klątwę kościelną i karał wszystkich występujących przeciwko nierówności społecznej; 4) urządzał krucjaty przeciwko ruchom ludowym, np. przeciwko albigensom we Francji, husytom w Czechach itd.; 5) zwalczał postępową naukę, gdyż podważała ona panujący ustrój (np. potępienie nauki Kopernika, Galileusza itd.); 6) przez hasło 'błogosławieni maluczcy duchem' utrwalał ciemnotę i zacofanie mas ludowych; 7) głosząc, że ci, którzy cierpią na tym świecie, będą zbawieni po śmierci, rozbrajał rewolucyjną walkę mas ludowych" itd. Adam Michnik twierdził, że jego matka wywodziła się z "całkowicie spolonizowanej żydowskiej rodziny", pisał o jej "całkowitej identyfikacji z polskością" ("Między panem...", s. 46-47).
Nie wyjaśnił tylko, jak pod opieką takich patriotycznych rodziców - ojca jakoby absolutnie "polskiego Polaka" i matki "całkowicie identyfikującej się z polskością" - on sam już w młodości stał się narodowym nihilistą ("Między panem...", s. 91). Pisał sam o sobie, że był narodowym nihilistą i rzekomo przestał nim być po marcu 1968 r.
dobrzy znajomi: gen. SB
Czesław Kiszczak i "opozycjonista" Adam Michnik - Aaron
Szechter
Komunistycznemu rodowodowi Michnika towarzyszyły odpowiednie splendory - wielkie, eleganckie mieszkanie w gęsto obsadzonej przez zaufanych towarzyszy z partyjnej i bezpieczniackiej elity Alei Przyjaciół w Warszawie, dokładnie w tym samym domu, w którym mieszkał były stalinowski minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz (por. "Wprost", 22 listopada 1991 r.).
prof. Jerzy Robert Nowak
Fragment książki "Czerwone dynastie", prof. dr. hab. Jerzy Robert Nowak, Wydawnictwo MaRoN 2004
Aaron Szechter - sumienie narodu
...wy... wy... wy... "wybbrrrrrranego" ...
Adam Michnik „Eurołgarz"
W maju 1995 roku doszło do otwartego, bezpośredniego starcia Adama
Michnika z przedstawicielami śląskich górników. Michnik przybył wówczas,
by zeznawać w obronie byłego szefa MSW - gen. Czesława Kiszczaka,
oskarżonego o przyczynienie się do śmierci 9 górników z kopalni „Wujek"
i zranienie 25 górników z kopalni „Manifest Lipcowy". Widząc Michnika
przyjacielsko witającego się z Kiszczakiem, związkowcy śląskiej
„Solidarności" zapytali go jak może podawać rękę mordercy górników z „
Wujka"? Górników, którzy strajkowali po to, by wypuszczono internowanych
w stanie wojennym, takich jak Michnik. I dodali: Mamy prawo sądzić, że
jest pan kupiony.
Półtora roku później w Gazecie
Wyborczej z 17 XII 1996 r. Michnik gwałtownie zaatakował oświadczenie
Komisji Krajowej „Solidarności", domagającej się, by wreszcie stało się
zadość tak długo oczekiwanej sprawiedliwości w sprawie zamordowania
górników z kopalni „Wujek". Dla Michnika żądanie Nadzwyczajnego
Trybunału rozliczenia stanu wojennego jest czymś wyjątkowo niegodziwym,
jest drwieniem z cierpień tych, którzy zginęli. Za to nie jest dla niego
drwieniem dotychczasowa parodia wymiaru sprawiedliwości i bezkarność
zbrodniarzy, odpowiedzialnych za śmierć górników z „Wujka" i jakże wiele
innych PRL-owskich zbrodni.
Jak zrozumieć ten tak nikczemny
komentarz człowieka, który kiedyś był jednym z idoli dla wielu osób ze
środowisk „Solidarności"? Prezentowany niżej tekst jest próbą pokazania
uwarunkowań, które wpłynęły na taką postawę Michnika, prawdziwego homo
sovieticus, który nigdy faktycznie nie wyzwolił się spod ducha skrajnej
komunistycznej nietolerancji wobec wszystkich inaczej myślących.
Niewiele osób w Polsce może się „poszczycić" takim, jak Michnik
zafałszowaniem swego życiorysu, równie starannym przemilczaniem rzeczy
wstydliwych i eksponowaniem „blasków". Czyż można się jednak temu dziwić
w przypadku osoby przez ponad osiem i pół roku kierującej
najpotężniejszą trybuną prasową, jaką jest GW i korzystającej z ciągłej
reklamy, robionej mu przez wdzięcznych podwładnych? Dziennikarka Irena
Lasota, niegdyś bardzo bojowa towarzyszka Michnika w ruchu marcowym 1968
roku, w listopadzie 1991 r. w obszernym, udokumentowanym artykule
wyraziła całe swe obrzydzenie nieustającym reklamowaniem Michnika na
łamach jego własnej gazety (I. Lasota: Niewidzialny redaktor, Tygodnik
Solidarność l XI 1991 r.). Niewiele się odtąd zmieniło.
Uznany w swoim czasie przez Żydów
amerykańskich za „Żyda roku" i super-Europejczyka przez polskie lobby
filosemickie, Michnik wciąż cieszy się wyjątkową klaką w najbardziej
wpływowych mediach. By przypomnieć choćby serię ośmiu czy dziewięciu
audycji telewizyjnych Jerzego Markuszewskiego, puszczanych wieczorami ku
skrajnemu zanudzeniu telewidzów. Sam Michnik doszedł wręcz do krańców
próżności i samouwielbienia, i potrafi już tylko zapewniać, iż nie ma
cienia wątpliwości, że Jezus go umiłował (GW24-26 XII 1994 r.).
Pochodzę z żydokomuny
Środowisko G W od lat z niezwykłą zaciętością zwalcza wszelkie przejawy
stosowania pojęcia „żydokomuna", piętnując je jako przejaw
antysemityzmu. Cóż, komunizm stał się rzeczą bardzo wstydliwą i teraz
już nikt nie chce się do niego przyznać ani Jaruzelski, ani Kwaśniewski
czy Rakowski. Bardzo wstydliwe stało się też pojęcie żydokomuny. Tym
ciekawsze na tym tle może być więc przypomnienie wypowiedzi Michnika z
1988 roku, a więc jeszcze przed światowym załamaniem się komunizmu. W
nowej sytuacji Michnik potrafił jeszcze szczerze wyznawać w katolickim
piśmie Powściągliwość i Praca (nr 6, 1988 r.): (...) Jak na pewno
wiecie, środowiskiem, z którego pochodzę, jest
liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w
sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i
byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś
więcej niż przynależność do partii to oznaczało przynależność do pewnego
języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności. Niejednokrotnie spierając
się z moimi kolegami, którzy wywodzili się z podobnego środowiska
właśnie w kontekście dyskusji o mojej książce — mówiłem im: zastanówcie
się, jak trudno jest wam wziąć się za łeb z syndromem żydokomuny l
Dlaczego? Dlatego, że widzicie nie tylko paskudztwo jego skutków, ale
też wszystkie żeby tak rzec realne wartości motywacyjne, które niesie:
nadzieję na sprawiedliwość społeczną, przekonanie dłużników, że trzeba
się angażować po to, aby zmieniać świat i czynić go lepszym... Do tego
wszystkiego jesteście przywiązani i nie godzicie się na zniszczenie
całej tej tradycji en bloc(...).
Trzeba przyznać, że w tym cytacie Michnik jawił się już jako ktoś
znacząco wyprzedzający myślowo swoje środowisko, ciągle jeszcze (w 1988
roku!) przekonane o wartości tradycji żydokomuny i jej broniące. I
dopiero Michnik musiał je przekonywać o tym, że tradycja ta jest bardzo
niewygodna i konieczna do odcięcia. Oczywiście do odcięcia tylko
słownego, na pokaz, bo sam komunizm pozostał dla Michnika czymś, co
dalej jakże uparcie lubi idealizować. Z jakimż rozczuleniem wspominał w
początkach 1992 roku w rozmowie z generałem Jaruzelskim, fałszywie
generalizując: Najświatlejsze umysły na Zachodzie popierały komunizm (G
W25-26 IV 1992 r.).
Fałszywie generalizując, bo można wyliczyć cały szereg najświatlejszych
umysłów na Zachodzie od Camusa po Orwella, Dos Passosa i Steinbecka,
które nie tylko, że nie popierały komunizmu, ale go gorąco zwalczały.
Nie mówiąc o traktujących komunizm z odrazą najświatlejszych umysłach na
Wschodzie od Pasternaka, Bułhakowa i Sołżenicyna, poprzez Tatarkiewicza
i Herberta po Kodalya.
Komunistyczna zaprawa w młodości
W kierowanym przez Kuronia „czerwonym harcerstwie" młody Michnik
przeżywał nastrój komsomolskich idealistów. Wspominał jeszcze w 1984
roku: Bez sentymentu nie umiem myśleć o tej gromadce chłopców i
dziewcząt, która latem 1958 roku w czerwonych chustach nawiedzała
chłopskie zagrody, śpiewając piosenki po rosyjsku i żydowsku. Ksiądz
Tischner, komentując wspomnienie Michnika, zauważył: Jestem trochę
zdziwiony. Kiedy wyobrażam sobie to lato 1958 roku i tych biednych
chłopów, którzy dopiero co odzyskali ziemię, dopiero się podnieśli, bo
jeszcze dwa lata wcześniej byli zrównani z ziemią, i pewnie po prostu
bali się przegnać was kijami, to mam uczucie mieszane (Między Panem...,
op. cit., s. 56). Michnik tłumaczy się w odpowiedzi: Ależ ja o tym
piszę. Czytaj dalej „Było w tym bezczelne wyzwanie, rzucone potocznej
świadomości, było też głębokie niezrozumienie pokaleczonej narodowej
pamięci"... Tylko, że my tego wówczas nie rozumieliśmy(...).
Pod bokiem czerwonego
inkwizytora
Po kilku latach „czerwonego harcerstwa" Michnik przeżywa kolejny etap
wtajemniczenia w politykę, tym razem w rozkręcanym pod patronatem
dawnego stalinowskiego inkwizytora nauki Adama Schaffa Klubie
Poszukiwaczy Sprzeczności przy stołecznym ZMS.
Klub skupił dzieci różnych
komunistycznych prominentów, między innymi syna ówczesnego I sekretarza
KW PZPR Andrzeja Titkowa. Klub w końcu został rozwiązany, ale Michnik
już coraz ambitniej przechodzi do pierwszego szeregu
„intemacjonalistycznego" nurtu studentów UW. Nurtu, który krytykuje
różne oficjalne rozwiązania z pozycji trockistowskich (popularyzując
głównie trockistowski List otwarty Kuronia i Modzelewskiego).
Komunistyczna Polska to moja
Polska
W rozmowie z Danielem Cohn Benditem w czerwcu 1988 Michnik stwierdził:
Nie będę ukrywał, że coś mieliśmy wspólnego z trockizmem. I dodawał:
Należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że
komunistyczna Polska to moja Polska (por. L. Żebrowski: op. cit., ss.
25, 26). Jeszcze w 1995 roku przyznawał w rozmowie z księdzem
Tischnerem: "Normalny człowiek z normalnego domu kiedy kończył szkołą,
wiedział, że ci rządzący komuniści to są oprawcy, zbrodniarze, że mogą
zabić, złamać życie. To rodziło strach. Ja uważałem, że komuniści
wprawdzie popełniają pewne błędy ideologiczne, bo nie dość uważnie
przeczytali Marksa oraz Lenina, ale, że to da się naprostować. Wystarczy
ich trochę oświecić, przekonać, zmusić do czytania (...) (Między
Panem..., op. cit., s. 91).
Przeciw Narodom i Kościołowi
Od przeważającej większości Polaków różniła Michnika i jego otoczenie
również skrajna, absolutna niechęć do patriotyzmu i Kościoła
katolickiego. Mówienie o narodzie i polskości było dla Michnika czymś
jak mówienie do ślepego o kolorach. Bardzo wymowna pod tym względem była
jego reakcja na stanowcze potępienie przez Prymasa Tysiąclecia Stefana
Wyszyńskiego w styczniu 1963 roku nihilistyczno-kolaboranckiego artykułu
Stanisława Stommy. Przedstawił on na łamach TP Powstanie Styczniowe i
inne powstania polskie jako niepotrzebne i chore wytwory polskich
kompleksów antyrosyjskich. Oburzony Prymas Polski powiedział we
wspaniałym kazaniu 27 stycznia 1963 roku, że nie chodziło w tych
powstaniach żaden narodowy kompleks, ale o niezbywalne prawa Narodu do
wolności samostanowienia o sobie. Michnik dosłownie niczego z tego nie
zrozumiał. Przyznawał w książce Między Panem a Plebanem (s. 168): Nikt z
nas nie potrafił wówczas zrozumieć, co się Prymasowi stało. Wyszyński
miał jednak lepszą intuicję niż warszawscy inteligenci. Czuł już, że
rodzi się jakaś nowa tożsamość, że słowo „naród" odzyskuje swoje miejsce
w politycznym myśleniu Polaków. Jak widać Michnik dalej niewiele rozumie
z postawy Prymasa Tysiąclecia.
W rzeczywistości kardynał Wyszyński nie
musiał się bowiem wcale przystosowywać do nowej sytuacji, bo zawsze
głęboko odczuwał takie słowa, jak Polska i Naród w przeciwieństwie do
antynarodowych „michnikowców". Wszak pierwszy powiedział, na dwadzieścia
lat przed słynną pieśnią Pietrzaka Żeby Polska... - w kazaniu na Jasnej
Górze w czerwcu 1958 roku: Aby Polska Polską była! Aby w Polsce po
polsku się myślało.
Cóż z tego mógł pojąć Michnik, który w rzeczywistości nigdy nie przestał
być narodowym nihilistą (przynajmniej w odniesieniu do historii Polski),
w ostatnich latach wręcz wyspecjalizowanym w zagranicznych donosach na
Polskę. Nie mógł pojąć polskości człowiek wychowany od kolebki na
luksemburgizmie (vide obrona przez Michnika pod pseudonimem A. Zagozda
poglądów Róży Luksemburg na łamach Więzi w 1975 r., nr 9).
Szczególnie skrajne było zacietrzewienie Michnika i jego środowiska
przeciw Kościołowi katolickiemu i kardynałowi Wyszyńskiemu.
Przedstawiali go jako skrajnego wstecznika i popierali ideologiczną
wojnę PZPR przeciw Kościołowi. Także i w najostrzejszym punkcie tej
wojny po ogłoszeniu Listu biskupów w 1965 roku. Michnik wsławił się
wówczas gwałtownym atakiem na kardynała Wyszyńskiego na łamach
Argumentów, atakiem odzwierciedlającym, jak przyznawał po latach, głębię
myśli kompletnego troglodyty (Między Panem..., op. cit., s. 73). Już w
1977 roku „samokrytycznie" oceniał w wydanej w Paryżu książce Kościół,
lewica, dialog (s. 61) swój udział w potępianiu listu biskupów polskich
z 1965 roku: (...) w tym nieprzyzwoitym spektaklu sam wziąłem udział i
na samo wspomnienie rumienię się ze wstydu. Wstydzę się swojej głupoty
(...). W innych częściach tej książki (s. 31 i 139) Michnik tak pisał o
swoim środowisku lewicy laickiej: (...) Popieraliśmy politykę represji,
często okrutnych, widząc w niej drogą do „ nowego wspaniałego świata ",
oskarżaliśmy Kościół o reakcyjność i wszystkie inne grzechy główne, nie
bacząc na to, że w atmosferze totalitarnego zniewolenia Kościół bronił
prawdy, godności i wolności człowieka (...). Tradycyjnie przywykliśmy
sądzić, że religijność i Kościół to synonimy wstecznictwa i tępego
Ciemnogrodu. Z tej perspektywy wzrost indyferentyzmu religijnego
traktowany był przez nas jako naturalny sojusznik umysłowego i moralnego
postępu. Pogląd taki sam byłem jego wyznawcą uważam za fałszywy (...).
Warto uważnie przeczytać tę
„samokrytykę" Michnika, gdyż cała linia GW w sprawach religii i Kościoła
od 1989 roku była i jest faktycznym bardzo zręcznym rozwinięciem tej
samej postawy antykościelnej, za którą tak się kajał na pokaz w
powyższej wypowiedzi. Faktem jest, że w połowie lat sześćdziesiątych
Michnik jeszcze nawet nie próbował ukrywać tego, iż uważa, że wszystko,
co pochodzi od episkopatu katolickiego, jest reakcyjne, nacjonalistyczne
i perfidne (jak przypomniał w interesującym szkicu o Michniku Adam
Krzemiński na łamach Polityki z 18 maja 1989 roku).
Oderwanie Michnika i jego środowiska od przeważającej części polskiego
społeczeństwa przyniosło fatalne skutki w 1968 roku. „Michnikowcy" dali
się wówczas wciągnąć w perfidną pułapkę „moczarowców" i nieświadomie
ułatwili ich grę dla umocnienia polityki „twardej ręki" w Polsce.
Najgorsze skutki przyniósł fakt, że pochodzący z prominenckich rodzin
„michnikowcy" nie umieścili w swym programie z 1968 r. żadnych
postulatów gospodarczych i społecznych, które by mogły rzeczywiście
pociągnąć polskie społeczeństwo, zmęczone wyrzeczeniami okresu późnego
Gomułki (na zaledwie dwa lata przed wybuchem społecznym na Wybrzeżu!).
Tragicznie rozbity ruch studencki „owocował" represjami, w tym pierwszym
paroletnim więzieniem Michnika.
Z daleka od Radomia i Ursusa
Wydarzenia 1976 roku, czas Radomia i Ursusa, Michnik spędza daleko od
Polski. Przebywa rok we Francji na zaproszenie Jeana Paula Sartre'a,
akurat wówczas przeżywającego jeden z najbardziej fanatycznych okresów
ultralewicowości. Michnik jest wielokrotnym gościem paryskiej Kultury,
słynnego Maisons Laffitte, poznaje ogromną liczbę ludzi, zdobywa
znajomości, które okażą się później wprost bezcenne dla nagłaśniania
poza Polską ludzi związanych z opozycją z tzw. lewicy laickiej. Wiele
podróżuje. Zygmunt Hertz w liście do Miłosza z 30 XI 1976 r. wspomina,
że Michnik właśnie narozrabiał jak pijany zając we Włoszech, i podziwia
jego rozmach.
Po powrocie do Polski Michnik odgrywa znaczącą rolę w ożywieniu
związanego z KORem ruchu prasowego i książkowego (NOWA), wykładach
Latającego Uniwersytetu, ale także i w nasileniu konfliktu ze
środowiskami niepodległościowymi (grupą Głosu etc.). W tym czasie
Michnik bardzo mocno deklaruje chęć dialogu z Kościołem katolickim w
Polsce, jego wydana w 1977 roku w Paryżu książka Kościół, lewica, dialog
przynosi tony pełnego pokory samobiczowania za dawny antyklerykalizm
własny i swojego środowiska. Swą samokrytyczną ekspiacją Michnik umie
utorować sobie drogę do licznych środowisk katolickich. Nie zdają one
sobie bowiem sprawy, że chodzi wyłącznie o manewr taktyczny, by zyskać
poparcie Kościoła dla ciągle jeszcze czujących swą słabość
„Europejczyków" z opozycji.
Na uboczu (1980-1981)
Wbrew upowszechnianym często na Zachodzie legendom roli Michnika jako
jednego z „bohaterów" „Solidarności" w latach 1980-1981, faktycznie
odegrał niewielką rolę w ciągu 16 posierpniowych miesięcy. Same
wydarzenia sierpniowe całkowicie go zaskoczyły. Akurat wyjechał w góry,
by pisać esej o taktyce opozycji, gdy doszło do wybuchu strajków.
Napisany w tej sytuacji tekst nadawał
się tylko na papier toaletowy. Zaniepokojony wraz z Kuroniem
awanturniczą i nieodpowiedzialną, jak im się wtedy wydawało, ideą
niezależnych i samorządnych związków zawodowych, którą wysunięto w
Gdańsku, miał zamiar pojechać do stoczni i wytłumaczyć robotnikom, by
się nie upierali przy takim żądaniu. Zanim zdążył dotrzeć do Gdańska,
został aresztowany (por.: A. Krzemiński: Zadra, Polityka 20 V 1989 r.).
W 1981 roku postawił na „złego konia" Andrzeja Gwiazdę, w opozycji do
Wałęsy, i został faktycznie zepchnięty na margines wydarzeń. Nie wybrano
go do żadnych władz „Solidarności". Raz tylko przelotnie zyskał szerszy
poklask po błyskotliwym spacyfikowaniu zajść przed posterunkiem milicji
w Otwocku. Z dzisiejszej perspektywy wręcz szokujący może wydawać się
fakt, że Michnik, dziś zapełniający swymi tekstami i wywiadami całe
płachty GW, w 1981 roku nie był jakoś autorem szczególnie pożądanym w
prasie solidarnościowej. Uskarżał się po latach w rozmowie z ks.
Tischnerem (Między Panem... op. cit., s. 376), że w 1981 roku: Nikt z
redaktorów „ TySola " ani Mazowiecki, ani Cywiński, ani Kuczyński nie
proponował mi napisania dla nich artykułu (...). Tadeusz Mazowiecki
(...) nigdy nie zaproponował mi napisania artykułu do „ Tygodnika
Solidarność ".
Ostatnie miesiące 1981 roku przeżywał w nastroju ogromnego
rozczarowania. Nie mógł pogodzić się z faktem, że w „Solidarności" coraz
bardziej dominował nurt patriotyczno-narodowy, tzw. prawdziwi Polacy,
których później niejednokrotnie szkalował.
Dopiero po stanie wojennym nadchodzi prawdziwy czas Michnika. Decydują o
tym bardzo umocnione w międzyczasie wpływy dawnych marcowych kolegów w
Radiu Wolna Europa, polskiej sekcji BBC (domena Smolara), zdecydowanie
najlepszy dostęp ludzi z opozycji, związanych z tzw. lewicą laicką, do
zachodnich mediów i do zachodnich funduszy...
Michnik siedzi w więzieniu w warunkach o wiele dogodniejszych niż
ogromna część innych postaci opozycji (opisywał to szczegółowo
Rozpłochowski). I, o dziwo, z jego celi swobodnie wychodzą na świat
kolejne listy, artykuły i książki, podczas gdy pozostali współwięźniowie
nie mogą się doprosić nawet ołówka. Czy wszystko to dzieje się
rzeczywiście przypadkowo, dzięki wyjątkowej zręczności Michnika, której
nie umiał przeciwdziałać cały personel MSW, jak to przedstawiał sam
Michnik?! A może było tak dlatego, że o wyjątkowym uprzywilejowaniu
Michnika w więzieniu decydowały pewne wpływowe kręgi partyjne, te same,
które tak zabiegały o poparcie zagranicznych Żydów dla WRONu (żydowski
publicysta Abel Kainer pisał w 15 numerze podziemnej Krytyki z 1983r.,
że: WRON grata rolę wielkiej opiekunki Żydów).
Wiosną 1985 r. Michnik otwarcie opowiada się za kompromisem z
komunistami jako rzeczą nieodzowną w książce Takie czasy... Rzecz o
kompromisie (por. uwagi J. Skórzyńskiego: Ugoda i rewolucja, Warszawa
1995 r., s. 9-11). Rękopis książki, sugerującej dogadanie się z
komunistami, bez przeszkód wydostaje się za mury więzienia. Kilka
miesięcy później Michnik stanie się jedną z czołowych postaci przy
„okrągłym stole". Ujawni się tak typowa dlań cecha absolutnej
nielojalności wobec najbardziej nawet bliskich mu w przeszłości osób.
Niewdzięczność to jego hobby
Michnik nie rozumie, czym jest lojalność czy proste uczucie wdzięczności
wobec osób, które mu bardzo znacząco pomogły w różnych okresach życia.
Oto kilka jakże wymownych przykładów. Redaktorowi naczelnemu paryskiej
Kultury Jerzemu Giedroyciowi zawdzięczał wieloletnie polityczne wsparcie
i nagłośnienie oraz pomoc materialną i finansową. Michnik „odwdzięczył
się" Giedroyciowi próbą przejęcia od niego Kultury z pomocą Barbary
Toruńczyk. Jak wspominał z niesmakiem Giedroyc: (...)Toruńczyk nie
ukrywała, że chce robić samodzielne pismo, żeby opanować „Kulturę ".
Była niesłychanie oddana Michnikowi, przewidywała, że on będzie moim
następcą. Bardzo mnie zaskakuje, gdy słyszę od pani, że on mnie ceni.
Demonstrował coś zupełnie odmiennego, odwiedzając tuż przed śmiercią
Józia (Czapskiego - J.R.N.). Starannie mnie unikał, mimo otwartych jak
zawsze drzwi. Nie umiem pani nic więcej powiedzieć o przyczynach tej
animozji(...)(E. Berberyusz: Książę z Maisons Laffitte, Gdańsk 1995 r.,
s. 170).
Herlingowi-Grudzińskiemu Michnik „odwdzięczył się" za dawną pomoc pełną
lekceważenia wypowiedzią o jego słynnej łagrowej książce Inny świat:
Nikt tego nie przeczytał (w rozmowie z Jaruzelskim). Kiedy zaś
Jaruzelski sprostował: Był tłumaczony na jedenaście języków Michnik
odparował: Co z tego. Drukowały to antykomunistyczne oficyny, to się nie
liczyło. Komentując te uwagi Michnika, Herling-Grudziński pisał: „Inny
świat" ukazał się najpierw w wielkim londyńskim wydawnictwie William
Heinemann, które trudno doprawdy nazwać „antykomunistyczną oficyną". I
miał, prócz doskonałych recenzji, dwa wydania w ciągu bardzo krótkiego
czasu.
Cała sprawa dobrze ilustruje ogromną małostkowość Michnika. Kiedy z kimś
się pokłóci, to zawsze potem jest gotów do jego maksymalnego oczerniania
i pomniejszania, bez względu na to, jak wiele tamten ktoś zrobił kiedyś
dla niego.
Środowiskom Kościoła katolickiego Michnik też „się odwdzięczył". Póki
obronny puklerz Kościoła był mu potrzebny, kadził Kościołowi, jak mógł i
bił się w piersi za swe dawne antykościelne wyzwiska, wołając o
potrzebie dialogu. Jak został naczelnym G W, robił wszystko dla
maksymalnego dyskredytowania Kościoła i wartości chrześcijańskich. Nawet
Jarosław Gowin, redaktor naczelny Znaku, j eden z czołowych
przedstawicieli katolewicy, którego Michnik tylekroć nagłaśniał na
łamach G W, w pewnej chwili nie mógł już dłużej ukryć irytacji z powodu
ciągłych uszczypliwości G W w stosunku do Kościoła. I uznał postępowanie
Michnika za przejaw zepsucia obyczajów i porażki rozumu (G W z 17 lipca
1996 r). Gowin skrytykował Michnika za próby przedstawiania Kościoła
jako instytucji, która próbuje zająć monopolistyczną pozycję partii
komunistycznej (w Polityce, nr 47 z 1993 roku, Michnik stwierdził, że
biskupi jakoby próbowali zastąpić marksizmleninizm ideologią katolicką).
Nawet największy Polak XX wieku, Jan Paweł II niejednokrotnie padał
ofiarą mniej lub bardziej zawoalowanych uprzedzeń Michnika, który go w
pewnym momencie nazwał byłym autorytetem naszych czasów.
Długi czas
hołubiący Michnika biskup Józef Życiński nie mógł ukryć swej irytacji
przeczytawszy w wywiadzie Michnika dla L 'Actualite religieuse, że po
upadku komunizmu Jan Paweł II wyznaczył nowego wroga liberalizm.
Krytykuje go w kategoriach, które zdają się pochodzić z Soboru
trydenckiego (...). Boi się on przede wszystkim potwrotu Polski do
Europy (cyt. za: Bp Józef Życiński: Straszenie liberalizmem,
Rzeczpospolita z 20 lipca 1996). Biskup Życiński porównał te
stwierdzenia Michnika z uwagami Miliona Friedmana, „papieża
amerykańskiego liberalizmu" o elementach bliskich liberalizmowi w
nauczaniu Jana Pawła II. Jeśli tak deformowana jest przez Michnika
postać i nauczanie Ojca Świętego, to cóż mówić o sposobie traktowania
przez niego i jego gazetę różnych mniejszych postaci Kościoła. Począwszy
od Prymasa Polski Józefa Glempa po licznych biskupów, oskarżanych o
rzekomy konserwatyzm i pochlebianie Ciemnogrodowi.
Swoiste, dość szczególne poczucie wdzięczności demonstrował Adam Michnik
w stosunku do księdza prałata Henryka Jankowskiego, który
niejednokrotnie udzielał mu u siebie schronienia w trudnych chwilach lat
80., pomagał mu materialnie i stwarzał możliwości publicznych wystąpień,
narażając się za to wciąż na szykany generałów stanu wojennego i
esbecji. Jakże wymowne pod tym względem są zapiski na kartach drugiego
tomu wydanych przez Petera Rainę Rozmów z władzami PRL. Arcybiskup
Dąbrowski w służbie Kościoła i Narodu, Warszawa 1995. Na s. 133-134
czytamy tam, jak gen. W. Jaruzelski uskarża się do kardynała Jana Króla
10 września 1986: (...) Niedawno ks. Jankowski zaprosił Michnika do św.
Brygidy i ten Żyd zawładnął całym kościołem, wydawało się, że przystąpi
do ołtarza i będzie odprawiał Mszę. Na s. 254 z kolei czytamy uskarżania
się przewodniczącego Rady Państwa Kazimierza Barcikowskiego do księdza
Alojzego Orszulika 24 sierpnia 1988. Przekazał on prośbę swego
„szefostwa", które (...) chciałoby, aby kierownictwo Episkopatu
zainteresowało się tym, co dzieje się w kościele św. Brygidy. Usadowił
się tam sztab kierowania strajkami. Co łączy z tym kościołem p.
Michnika? (...) Nieraz stawiamy sobie pytanie —ciągnął Barcikowski — kto
wam tego Jankowskiego podrzucił (...)
Parę lat temu przeglądając bogaty
księgozbiór księdza prałata Jankowskiego znalazłem tam dwie książki
Adama Michnika z wymownymi dedykacjami. Na książce Z dziejów honoru w
Polsce dedykacja Michnika: Kochanemu ks. kanonikowi Henrykowi
Jankowskiemu z przyjaźnią oraz wdzięcznością, marzec 1987'r., Gdańsk,
Adam. Na książce Szanse polskiej demokracji jeszcze bardziej
entuzjastyczna dedykacja: Kochanemu ks. Henrykowi Jankowskiemu, memu
przyjacielowi i Mentorowi z pogańską pokorą, maj 1988 r., Gdańsk, Adam
Michnik. Siedem lat później Michnik, „odpowiednio" odpłacił się
„kochanemu ks. Henrykowi Jankowskiemu", „swemu Przyjacielowi i
Mentorowi" przez prawdziwą kampanię napaści i dezinformacji za rzekomy
„antysemityzm".
Peter Raina wyjaśnił w książce Ksiądz
Jankowski nie ma za co przepraszać, że Michnikowska Gazeta Wyborcza
świadomie jako pierwsza zmanipulowała tekst kazania, dezinformując
czytelników i rozpoczynając kampanię przeciw ks. Jankowskiemu, która
daleko wyszła poza granice Polski. Jak dotąd nie zauważyłem, by Gazeta
Wyborcza i sam Michnik wytłumaczyli swe dezinformacje i przeprosili
„kochanego księdza Jankowskiego" za krzywdę wyrządzoną j ego dobremu
imieniu.
Dialog z Urbanem
Czas „okrągłego stołu" przynosi szczególne wzmocnienie pozycji Michnika.
Staje się jednym z głównych uczestników cichych „dogadań" w Magdalence.
I gorąco fraternizuje się przy alkoholowych biesiadach z Kiszczakiem,
Kwaśniewskim i innymi towarzyszami (pięknie zilustrował to Kiszczak na
końcu swej książki). Michnik odnawia stare związki z Urbanem z czasów
dawnych wspólnych popijań w koktajlbarze w ,Bristolu" (wspomnianych
przez Kuronia w książce Wiara i wina). Jan Skórzyński ujawnił w wydanej
przez Rzeczpospolita książce Ugoda i rewolucja (Warszawa 1995, s.
227-228) dotąd nieznaną sprawę poufnego i owocnego dialogu pary
Michnik-Urban w czasie „okrągłego stołu", prowadzonego w porozumieniu z
gen. Jaruzelskim. W czasie tych rozmów Michnik występował z niezwykłymi
w ustach opozycjonisty deklaracjami lojalności wobec PZPR (tamże, s.
228). Zaskoczony przedziwnym zbliżeniem między ministrem Urbanem a
Michnikiem Ciosek zwierzał się księdzu Orszulikowi, iż: Zauważa się
tworzenie swoistego lobby żydowskiego (cyt. za P. Raina: Rozmowy z
władzami PRL. Arcybiskup Dąbrowski, Warszawa 1995, t. 2, s. 440).
Fraternizacja przynosi efekty. W wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego z
10 I 1989 r. Michnik starał się jak mógł wybielić postać najbardziej
znienawidzonego człowieka doby jaruzelszczyzny, akcentując, że Jerzy
Urban był konstruktorem ogromnej większości posunięć liberalizacyjnych
ze strony ówczesnych władz i ubolewając, że ten jeden z
inteligentniejszych analityków polityki polskiej marnuje się jako
publicysta Trybuny Ludu. Potem przyszły dalsze bratania i zbliżenia,
wspólne fetowania imienin „Olka" Kwaśniewskiego etc. I przychodzenie
sobie nawzajem w sukurs (vide np. atak zastępcy Urbana P. Gadzinowskiego
w jednym z NIE na moje krytyki Michnika w NP)
Dzięki Wałęsie Michnik obejmuje kierownictwo pierwszego dziennika
solidarnościowego „GW", cieszącego się od początku ogromnym zaufaniem
społeczeństwa. Przez lata z całym cynizmem wykorzystuje to zaufanie do
skrajnego przyhamowania i zdeformowania polskich przemian.
Już w pierwszych miesiącach kierowania Wyborczą, w 1989 roku Michnik
doprowadził do perfekcji swą ulubioną taktykę mimikry. Jeszcze nie czuł
się dostatecznie mocny, jeszcze odczuwał potrzebę przyczajenia się ze
swymi prawdziwymi poglądami, jeszcze bał się zrażenia potencjalnych
czytelników. Jego Gazeta Wyborcza w tym czasie wciąż stroiła się w
piórka gazety zdecydowanie antykomunistycznej, patriotycznej, a nawet
przepełnionej sympatią do Kościoła katolickiego i samego Prymasa Polski
Józefa Glempa. Była pod tym względem wręcz redagowana „na klęczkach" w
stosunku do hierarchii Kościoła katolickiego w Polsce. Ktoś, kto dobrze
zna późniejsze, nie przebierające w środkach, ataki Michnika i GW na
Prymasa Polski i rozliczne zatrute strzały wysyłane pod adresem innych
postaci Kościoła, nie mógłby wprost uwierzyć własnym oczom, gdyby
spojrzał na tę szczególną „adorację" ludzi Kościoła, prezentowaną w
pierwszych numerach G W. Już w pierwszym numerze Wyborczej z 8 maja 1989
na centralnym miejscu numeru maksymalnie wyeksponowano informację:
Prymas Polski (oba słowa pisane ogromniastymi literami) rozmawia z
Wałęsą o przyszłych wyborach. Na górze 2 numeru „GW" uwypuklono, jako
zdecydowanie najważniejszą sprawę, wywiad gdańskiego biskupa Tadeusza
Gocłowskiego dla Gazety.
Podobna stylistyka, pełna pozorowanego, nabożnego wręcz szacunku dla
Kościoła, wypełnia licznie inne numery Wyborczej w pierwszych paru
miesiącach jej ukazywania się. W numerze 15 z 29 maja 1989 na pierwszej
stronie informacja o poświęceniu lokalu redakcji G W przez arcybiskupa
Bronisława Dąbrowskiego. Połowę pierwszej strony tego numeru Wyborczej
wypełnił obszerny tekst arcybiskupa Dąbrowskiego O Prymasie Tysiąclecia
(znając starą niechęć Michnika do Prymasa Stefana Wyszyńskiego jako
polskiego „nacjonalisty" i „anachronicznego" konserwatysty można tylko
podziwiać rozmiary poświęcenia, jakie wykazał w ramach udawanej wówczas
prokościelnej mimikry). Dodajmy, że Gazeta Wyborcza w tym czasie jest
ogromnie ostrożna we wszelkich uwagach o aborcji, stara się o jak
najprecyzyjniejsze przedstawianie stanowiska Kościoła katolickiego w tej
sprawie (por. tekst Ewy Milewicz: Ochrona dziecka poczętego, Gazeta
Wyborcza, nr 5 z 12 maja 1989).
W tym czasie organ Michnika stara się również zyskać maksimum
czytelników radykalnych antykomunizmem. Zdecydowanie krytykuje Urbana (w
numerze l i 5), demaskuje dawne zbrodnie UB w Otwocku (nr 2 i 15),
piętnuje brutalność milicji (nr 3), etc. Stara się też przyciągać
czytelników pełnym patosu patriotyzmem, wysławianiem etosu AK (por. np.
Wspomnienie o Stefanie Korbońskim nr 3, Z. Machowski: „Pistolet" Polski
Podziemnej, nr 9, Żołnierze z AK, nr 11). Robi to ten sam dziennik
Michnika, w którym parę lat później ukażą się najskrajniejsze, plugawe
wręcz, potwarze pod adresem AK i Powstania Warszawskiego. Wtedy jednak,
w początkach G W, wiosną 1989 ciągle jeszcze chodziło o jak najlepsze
zamaskowanie prawdziwych intencji Wyborczej i przedstawienie jej jako
jedynego prawdziwego polskiego dziennika opozycyjnego, organu polskich
patriotów i antykomunistów. Najpierw zdobyć jak najwięcej czytelników, a
potem stopniowo i wyrafinowanie działać na rzecz gruntownego
przekształcenia ich podświadomości. Aby zatracili dawną katolicką i
patriotyczną wrażliwość i zniechęcili się do wyznawanych wcześniej
wartości.
Obrońca komuny
Michnik wyrządził Polsce ogromne szkody przez swoje działania dla
wybronienia i wybielenia komunizmu, przyhamowania autentycznych przemian
dekomunizacyjnych i lustracji. Już 24 października 1989 roku Michnik
postulował na łamach Gazety Wyborczej doprowadzenie do sojuszu
wszystkich sił reformatorskich, tych z „Solidarności" i tych z PZPR,
dodając, że: W pozytywnym ułożeniu stosunków Polski i ZSRR skrzydło
reformatorskie z PZPR, tacy ludzie jak gen. Wojciech Jaruzelski czy
pierwszy sekretarz KC Mieczysław Rakowski mogą odegrać zasadniczą rolę.
I rzeczywiście M.F. Rakowski już ją odegrał, jadąc później do Moskwy, by
przestrzec towarzyszy z Kremla przed przemianami w polskim stylu!
Przypomnijmy tu również, niestety zbyt mało znaną w Polsce i stąd
odpowiednio „nie docenioną", wypowiedź A. Michnika z wywiadu dla
Komsomolskiej Prawdy z 29 września 1989 r., gdy wypowiadając się na
temat systemu, który by odpowiadał wymogom życia, stwierdził między
innymi: Niekiedy słyszy się opinie, że powinien to być system
kapitalistyczny. Dla mnie jest to absurdalne. Obecnie w niektórych
kołach w Polsce powstał kult słowa „prywatyzacja". Co to znaczy? Co
prywatyzować? Koleje, samoloty? Przecież to bajki, absurd.
Czy to nie wskutek tych socjalistycznych iluzji prywatyzacja w Polsce
ugrzęzła za czasów T. Mazowieckiego na tyle miesięcy? W czasie debaty
sejmowej w początkach września 1989 r. A. Michnik wystąpił przeciw
wysuniętemu przez posła Kazimierza Ujazdowskiego postulatowi rozliczenia
się z ludobójcami w togach, tj. sędziami, którzy w czasach stalinowskich
skazywali ludzi na śmierć. Pół roku później 28 kwietnia 1990 r. Michnik
stanowczo wypowiedział się w debacie sejmowej przeciwko nacjonalizacji
mienia PZPR. Występując na rzecz kompromisowego rozwiązania tej sprawy,
Michnik powiedział między innymi: Przepraszam za osobiste wyznanie: 25
lat temu zostałem po raz pierwszy aresztowany przez komunistyczną
policję. Wtedy miałem 18 lat. Od tego czasu byłem aresztowany i
zatrzymywany wiele razy. Mnie nie trzeba tłumaczyć, że komunizm to nic
dobrego... Ale właśnie z tej perspektywy chcę powiedzieć, że w
niektórych głosach, o czym mówię z bólem, usłyszałem coś, co bym nazwał
antykomunizmem jaskiniowym. ..Inie chcę powiedzieć, że dziś z
popisywaniem się tymi deklaracjami, gdzie się PZPR miesza z błotem,
przyrównuje do katyńskich morderców... ja nic wspólnego nie mam i nie
chcę mieć... I chcę do tego jeszcze dodać, że w stanie wojennym, po 13
grudnia i siedząc w kryminale ja nie byłem aż tak ostrożny, żebym
dzisiaj musiał być aż tak odważny... Wystąpienie Michnika przeciw
nacjonalizacji mienia PZPR, choć jedna z jego najbardziej udanych
oratorsko wypowiedzi, wywołało bardzo ostre sprzeciwy w wielu
środowiskach solidarnościowych. Sprowokowało też falę listów
protestacyjnych do Gazety Wyborczej. Najbardziej dramatyczny był
publikowany w G W4 maja list dziennikarza Jana Sęka (jego ojciec został
stracony w 1952 r. po wyroku śmierci wydanym przez sąd wojskowy z
udziałem brata Adama Michnika - Stefana).
Jan Sęk pisał: .. .Pan Adam Michnik
niepotrzebnie martwił się w Sejmie o stosunek narodu polskiego do
komunistów, którzy sprawili tu po wojnie niejeden, a dziesięć Katyniów.
Zabili w polskich więzieniach ponad 40 tyś. ludzi. My komunistów nie
nienawidzimy. My nimi gardzimy. Również podporucznikiem Stefanem
Michnikiem, stalinowskim sędziąmordercą, pojętnym uczniem katyńskich
oprawców. Przypominanie w takim kontekście rodzinnym własnego uwięzienia
jest grubym nietaktem. A co do majątku partii: gdyby od pana Adama
zależała decyzja, czy pozostawiłby majątek i NKWD? Jego namiętne
określenia, ,jaskiniowy antykomunizm" przypominają „zoologiczny
antykomunizm " Przymanowskiego i Koźniewskiego.
Jan Sęk tłumaczył mi kiedyś w rozmowie, że nigdy nie miał żadnych
pretensji do A. Michnika z powodu jego brata, bo trudno, żeby ktoś
odpowiadał za to, co zrobił inny członek rodziny. Nie miał pretensji aż
do chwili, gdy A. Michnik wystąpił w Sejmie przeciw rozliczaniu
stalinowskich ludobójców. W tej akurat sprawie powinien, przynajmniej ze
względów rodzinnych, zachować całkowitą powściągliwość.
10 maja 1990 r. na łamach Gazety Wyborczej ukazał się list Stefana Kruka
z Lublina do Adama Michnika. Autor listu pisał między innymi:.. .Powiada
Pan dramatycznie, że nie ma nic wspólnego z tezą posła Borowskiego, iż
rządy PZPR w Polsce wyrosły na trupach ofiar Katynia. To jest Pańskie
credo polityczne. A jaka jest prawda historyczna? Taka, że Stalin zerwał
stosunki dyplomatyczne z rządem gen. W. Sikorskiego po ujawnieniu
prawdziwych sprawców zbrodni katyńskiej. Był to wy godny pretekst... Kto
tu więc rozmija się z prawdą poseł Borowski czy Pan?... Dodajmy, że
właśnie zerwanie stosunków z rządem gen. W. Sikorskiego stworzyło
później podstawy radzieckiej polityki powołania samozwańczego PKWN w
Lublinie, prekursora służalczej polityki PZPR wobec ZSRR.
Zdzisław Najder tak skomentował wystąpienie Michnika w obronie majątku
PZPR: ...Adam Michnik w płomiennym przemówieniu 28 kwietnia odcinał się
od tych, którzy kierują się nienawiścią. Ale trzeba odróżnić nienawiść
do ludzi (rzecz dla chrześcijanina naganna) od nienawiści do instytucji.
I tolerancja wobec ludzi nie jest tym samym, co równouprawnienie
organizacyjne. Tym, którzy domagają się upaństwowienia spuścizny po
PZPR, nie chodzi przecież o odebranie schedy wdowom i sierotom po
sekretarzach...
Ciekawe argumenty do powyższego sporu wniósł głos Romana Bielińskiego,
publikowany na łamach katolickiego Ładu z l O czerwca 1990 r. R.
Bieliński pisał między innymi: ...Spora część naszych parlamentarzystów
na czele z Adamem Michnikiem broni praw spadkobierców PZPR. Bardzo to
chwalebne, należy bronić rzeczywiście praw wszystkich, ale wydaje mi
się, że posłowie powinni bronić najpierw moich praw, bo bardziej (chyba)
są moimi posłami niż PZPR. Otóż przez wiele lat wyjmowano mi i wielu
milionom bezpartyjnych z kieszeni pieniądze via budżet na rzecz PZPR bez
pytania nas o zgodę. Dlaczego nie będąc członkiem partii przez wiele lat
musiałem finansować, a obecnie mam godzić się z tym, że to, co zostało
mi zabrane ma dalej służyć tym, którzy mnie ograbili?(...)
Michnik lubi akcentować jako wzorzec swoją postawę wobec komunistów. On
przecież siedział w więzieniach i oto teraz wszystko wybacza; jak na tym
tle wyglądają mściwi antykomuniści, zwłaszcza ci, którzy nigdy nie
cierpieli w więzieniu tak jak Michnik. Nieuczciwość Michnika polega na
tym, że starannie milczy o tym, że wybaczanie komunistom oznaczałoby
przebaczenie również tym, którzy tysiącom Polaków zgotowali o wiele
cięższe cierpienia niż Michnikowi. Jak to akcentował kiedyś były więzień
komunizmu w czasach stalinowskich Stanisław Murzański: (...) Jedni jak
Adam Michnik pisali w więzieniu książki, drudzy zbierali na posadzce
zęby (...) (S. Murzański: Jak kryminalista z kryminalistą Tygodnik
Solidarność 27 marca 1998).
Wybielacz leninizmu
Komunizujący od młodości Michnik obciążał winą za to, co się stało w
Związku Sowieckim wyłącznie stalinizm. Tego typu pogląd wyraził m.in. na
łamach sowieckiego tygodnika politycznego „Nowoje Wriemia" z 10II 1990
r. Stanowisko Michnika wywołało protest redaktora naczelnego
niezależnego moskiewskiego tygodnika informacyjnego Express-Kronika
Aleksandra Podrabinka. W liście otwartym do Michnika, opublikowanym w
tym piśmie (nr l O z 1990 r.) Podrabinek przypomniał, że istota terroru
stalinowskiego terroryzm, znalazła odbicie już w leninowskim dekrecie o
czerwonym terrorze (5 IX 1918 r.) i stworzeniu w latach 1918-1920
systemu obozów koncentracyjnych. Podrabinek stwierdził: Dla władz teza o
winie stalinizmu za katastrofę naszego życia społecznego jest wygodna.
Wyrzekając się Stalina mają jeszcze nadzieję uratować Lenina, wyrzekając
się stalinizmu dążą do uratowania socjalizmu (...). Na tym tle, Panie
Michnik, Pańskie wypowiedzi o stalinizmie nie wyglądają zbyt pociągająco
(...) (cyt. za tłumaczeniem listu otwartego A. Podrabinka, Ład'23 W 1990
r.).
Michnik - totalitarysta
Po zdobyciu władzy przez „Solidarność" w 1989 r. i utworzeniu rządu T.
Mazowieckiego coraz wyraźniej zaczęło się odsłaniać najprawdziwsze
oblicze Michnika człowieka apodyktycznego i zacietrzewionego. Teraz już
nie musiał zabiegać o poparcie różnych środowisk, w tym Kościoła, a
znajdował się w pozycji wyrokującego sędziego, rozdającego pochwały i
kuksańce jako naczelny najbardziej wpływowego polskiego dziennika,
cieszącego się od początku wyjątkowym poparciem społeczeństwa jako pisma
„Solidarności".
Tę wyjątkową pozycję wykorzystywał w
duchu skrajnie tendencyjnym dla umacniania monopolistycznej pozycji
warszawskiej lewicowej „elitki" i obrzucania błotem „inaczej myślących",
wyszydzania patriotyzmu i przywiązania do wartości. Jakże znamienna była
pod tym względem ewolucja poglądów Stefana Kisielewskiego, który przeżył
skrajne rozczarowanie tym nowym odsłaniającym się obliczem Michnika z
lat 1989-1990. Kisielewskiego, którego nawet po śmierci Michnik próbuje
sobie przywłaszczać, powołując się na niego jako największy autorytet (Z
jego zdaniem liczyłem się najbardziej wyznawał Michnik w wywiadzie dla
Filipinki z 27 VI1993 r.). Oto opinia Kisielewskiego o Michniku,
wyrażona pod koniec życia na łamach gdańskiej Młodej Polski: (...)
Ostatnio nie bardzo przyjaźnię się z Michnikiem. Widujemy się raz na pół
roku i raczej się kłócimy. Kochałem go niemal w okresie KOR-u, to było
wspaniałe. Natomiast to, co on teraz mówi i pisze, jest bardzo często
bez sensu. Te manifesty krakowskie, deklaracje „praw człowieka "
rozsyłane po całym świecie! Jak w Polsce naprawdę wybuchnie jakiś
rasizm, szowinizm, a to będzie już kompletna patologia, to najbardziej
przysłuży się do tego właśnie takie denerwujące pseudo szlachetne
gadanie. Przecież ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta. Demokratą
jest ten, kto jest po mojej stronie. Kto ze mną się nie zgadza, jest
faszystą i nie można mu podać ręki. A tylko Michnik wie, na czym polega
demokracja i tolerancja. On jest tutaj sędzią alfą i omegą (...).
Szczególnie ostro napiętnował „ewolucję" Michnika Zbigniew Herbert w
wywiadzie dla Tygodnika Solidarność z 11 listopada 1994. Herbert uznał
Michnika za klasyczny przykład kariery komunistycznego Dyzmy. Smutna
historia wyjątkowo uzdolnionego, pełnego talentu chłopca, który doszedł
do lat, kiedy to ludzie natarczywie pytają „ co on właściwie zrobił z
całą swoją heroiczną młodością?" A on stacza się po równi pochyłej, w
gorączkowy aktywizm. Cynizm godny admiratora „ Księcia " i
najpospolitszy nihilizm. Zawiódł niemal wszystkich swoich przyjaciół.
Michnik - „nienawistnik"
Zdumiewa wprost, do jakiego stopnia Adam Michnik potrafi dziś „twórczo"
rozwijać pełną jadu i nienawiści stylistykę marcowej propagandy 1968 r.,
tyle że w imię fanatyzmu odwrotnego typu. Przypomnijmy tylko niektóre z
rozlicznych michnikowskich wyskoków jadu i nienawiści w stylu słów
świnie pod adresem oponentów z OKP, kurwiosum pod adresem grupy
profesorów z KUL, bestiarium w telewizji (o programie Bez znieczulenia z
udziałem Parysa, Kaczyńskiego i Macierewicza). Czy epitety Michnika o
młodocianych, głupawych ołszewikach, wyzywanie Łysiakowi jako
trzeciorzędnemu grafomanowi i insynuatorowi, etc. etc. Nie mówiąc o jego
ataku na Herberta, za rzekome opluwanie Miłosza, o napaściach na ojca
Józefa M. Bocheńskiego, Bogdana Cywińskiego, o zatrutych strzałach
posyłanych przez Michnika i jego podwładnych pod adresem Ojca Świętego.
Celnie scharakteryzował metody Michnika już w 1992 r. Lech Kaczyński,
pisząc w Nowym Świecie (nr z 8 V 1992 r): (...) Michnik (...) przyjmuje
postawą chuligana, który napada na przechodnia i jednocześnie krzyczy „
ratunku! Policja!" (...) niewielu ludzi ma taki udział w szerzeniu
nienawiści w życiu publicznym, jak Adam Michnik. Na pewno zaś nikt nie
potrafi łączyć jej krzewienia z zapewnieniami o własnej szlachetności.
Adam Michnik jest przede wszystkim godnym politowania więźniem
stereotypów i uprzedzeń, przykutym jak galernik do statku swoich
własnych fobii. Jest jeńcem skrajnego żydowskiego fanatyzmu, nie mogące
go za nic wczuć się w polski patriotyzm, zrozumieć narodu, wśród którego
żyje. Nienawidząc go, posuwa się do takich nikczemności, jak poparcie
ataku zniesławiającego Powstanie Warszawskie.
W wydanej w tymże 1991 roku, cytowanej już książce Interpelacje Jana
Marii Jackowskiego i Szczepana Żaryna autorzy tłumaczyli straszną
słabość Michnika jako polityka jego skrajnym zacietrzewieniem,
nieumiejętnością dialogu z osobami inaczej myślącymi: ...Michnik potrafi
kopać swoich przeciwników politycznych i ideowych bezwzględnie, z dziką
zaciętością. Gdy mu nie staje argumentów rzuca inwektywy, nie elegancko
przerywa, nie odpowiada napytania, zmienia temat, krzyczy i wychodzi z
niego jakaś zapiekła agresja w stosunku do tych, którzy się z nim nie
zgadzają. Jak to się ma do programowo głoszonej przez niego
europejskości, poszanowania poglądów innego człowieka, tolerancji i
godności-nie wiadomo... (J.M. Jackowski, S. Zaryn: Interpelacje. Kulisy
manipulacji Warszawa 1991, s. 93).
Michnik - „czekista
publicystyki"
' Rodzinne przesiąknięcie starą komunistyczną ideologią wychodzi z
Michnika wciąż przy różnych niespodziewanych okazjach, znajduje wyraz w
jego dość szczególnej stylistyce. Na przykład w Gazecie Wyborczej (1996,
nr 302) napisał: Zwracam się do premiera Oleksego jak czekista do
czekisty. Michnik nie dostrzegł żadnej niestosowności w tego typu
zwrocie, mogącym mieć różne odmiany typu: „jak gestapowiec do
gestapowca".
Nawet w postkomunistycznej Polityce
ukazała się tym razem polemika z „mocnym" porównaniem Michnika. Jej
autor, profesor Józef Kozielecki, pisał: Dla nas, starych ludzi,
przywoływania upiorów czekistów czy enkawudzistów we współczesnym
wstępniaku nie można niczym usprawiedliwić. Dla nas te słowa ociekają
krwią Polaków, Rosjan, Litwinów... Gdy je słyszę, uginają mi się kolana
i „ wcale mi mówiąc słowami artykułu - nie jest do śmiechu ".
Szczególnie, gdy Polska chamieje. (J. Kozielecki: Jak czekista do
czekisty, Polityka 20 stycznia 1996). Młodszym czytelnikom przypomnijmy,
że Czeka (Czeriezwyczajka) - sowiecka bezpieka w czasach Lenina i
pierwszym okresie rządów Stalina, zasłynęła ogromnie krwawym terrorem
wobec wszystkich „niebolszewicko" myślących.
Zdumiewające jak bardzo Michnik lubi
sięgać do bolszewickich porównań. W wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego
w 1989 roku powiedział, iż w Gazecie Wyborczej odgrywa rolę kogoś w
rodzaju komisarza politycznego. Jakże silnie odbija się na Michniku
wpływ starych rodzinnych indoktrynacji. Dla ogromnej części Polaków
słowo komisarz polityczny budzi jak najgorsze asocjacje z Dzierżyńskim,
Jagodą czy Jeżowem. Dla Michnika zaś to termin chlubny, warty
naśladowania.
Chamstwo wobec inaczej myślących
Skrajne, fanatyczne wręcz, zacietrzewienie Michnika, popychało go
niejednokrotnie do szokujących przejawów niechęci wobec każdego, kto
ośmieli się inaczej myśleć niż on w poszczególnych sprawach. Szczególnie
oburzające było zachowanie Michnika wobec znanej dysydentki rosyjskiej
Natalii Gorbaniewskiej. Michnik odmówił udzielenia jej wywiadu,
motywując to brakiem zaufania. Gorbaniewska powiedziała: ...Dla mnie
jest to miernik złych obyczajów. Krytykowanie linii politycznej nie może
spychać osoby na pozycję osobistego wroga, a co gorsza zaliczyć go do
grona ludzi nieuczciwych. Michnik i wielu innych ludzi wie, że nie
podzielam ich zachwytu dla Gorbaczowa (...) (wg Puls nr 48 z 1991 r).
Przypomnijmy, że Gorbaniewska, niestrudzona bojowniczka o prawa
człowieka w ZSRR, była więźniarka, wybitna poetka rosyjska należy do
najbardziej zasłużonych przyjaciół Polski za granicą, jest znawczynią
polskiej literatury, i tłumaczką polskiej poezji. W Kulturze Niezależnej
z 1985 roku (nr 11-12, s. 144) pisano o Gorbamewskiej: (...) Nie
potrafimy wymienić za granicą nikogo drugiego z tak serdeczną uwagą i
kompetencją wsłuchanego w naszą dzisiejszą historię, w nasz ból, opór i
tworzenie niezależnej kultury. Jako zastępca redaktora naczelnego
paryskiego ,,Kontynentu" Gorbaniewska dba o to, żeby w każdym numerze
tego najpoważniejszego kwartalnika emigracji rosyjskiej Polska istniała,
żyta, przemawiała do przyjaciół Moskali i całego świata. Dzięki jej też
staraniom odkilku lat Polska nie schodzi z pierwszych stron poczytnego
tygodnika „Russkaja mysi" (...) Ostatnio zaś ukazała się w Paryżu, po
rosyjsku, zredagowana przez Gorbaniewską książka „Niezłomna Polska na
łamach „Russkoj myśli" (...). I taką osobę, tak gorąco związaną z
Polską, potraktował Michnik jako kogoś niegodnego zaufania, tylko
dlatego, że różniła się od niego podejściem wobec Gorbaczowa.
Nietolerancja na eksport
Ciągle zbyt mało znamy szkody, jakie Michnik wyrządził w innych krajach
Europy Środkowej, poprzez odpowiednie wykorzystywanie swego dawnego
nimbu jako przeciwnika komunizmu dla wręcz odmiennych celów.
Wykorzystywał go do wspierania czeskich, węgierskich czy bułgarskich
odmian polskiej Unii Demokratycznej, a więc sił w gruncie rzeczy
dążących do zdobycia władzy dzięki odpowiednim układom „czerwonych" z
„różowymi". Wszędzie starał się maksymalnie oddziaływać na rzecz
przyhamowania lustracji i dekomunizacji. W rozmowie z prezydentem Havlem
wylewał krokodyle łzy z powodu sukcesu czeskiej dekomunizacji, na
Węgrzech bardzo aktywnie uczestniczył w kampanii na rzecz Związku
Wolnych Demokratów, odpowiednika polskiej Unii Demokratycznej, tylko
znacznie bardziej na lewo od niej, w duchu ROAD. A przy tym
zdominowanego przez skrajnych radykałów antyreligijnych, różne takie
węgierskie „Labudy". To z inicjatywy tego Związku Wolnych Demokratów
zorganizowano w swoim czasie bardzo nieudaną skądinąd manifestację
przeciw wizycie Jana Pawła II na Węgrzech, jako rzekomo zbyt kosztownej.
Na Węgrzech .doszło zresztą do tego, co stanowi wymarzony ideał Michnika
- powstała rządowa koalicja „czerwonych" i „różowych". Tworzono ją w
oparciu o pakt wynegocjowany przez przywódcę postkomunistów Gyulę Horna,
byłego węgierskiego ZOMO-wca z 1957 roku i Ivana Pęto „mózg" Związku
Wolnych Demokratów, syna awosza (tj. ubeckiego speca od tortur). Inna
sprawa, że koalicja z komunistami okazała się ogromnie kosztowna dla
węgierskich „różowych". Ponieśli oni w efekcie straszną porażkę wyborczą
w 1998 roku.
Szczególnie drastyczne formy przybrało mieszanie się Michnika w
wewnętrzne sprawy dawnej opozycji bułgarskiej. W 1992 i 1993 roku doszło
tam do wyraźnego zderzenia głównej siły opozycji Unii Demokratycznej z
wyniesionym przez nią na prezydenturę Żeliu Żelewem, który zdradził ideę
dekomunizacyjnych przemian i je skutecznie zablokował. Żelew
uniemożliwił przeprowadzenie lustracji przez antykomunistyczny rząd
Filipa Dymitrowa i przyczynił się do jego upadku. Później poparł
powstanie rządu Berowa, dawnego doradcy Żelewa, w oparciu o większość
postkomunistów i mniejszość posłów opozycji. Na znak protestu przeciw
rekomunizacji Bułgarii poetka Błaga Dymitrowa ustąpiła z funkcji
wiceprezydenta, ostrzegając, że komunizm zachowuje sięjak lisica, która
udaje martwą, by wykorzystać moment i ugryźć. Antyprezydencki i
ankomunistyczny zarazem wiec w Sofii zgromadził pół miliona osób.
I wtedy w sukurs prokomunistycznemu Żelewowi przyjechał Adam Michnik.
Mieszając się bez żenady w sprawy bułgarskie gwałtownie zaatakował
manifestantów w oficjalnej sofijskiej telewizji, nazywając ich
„neofaszystami". Po powrocie do Polski Michnik panegirycznie wychwalał
prezydenta Żelewa jako tego, który próbuje przełamać zaklęte koło
dwubiegunowego podziału sceny politycznej wbrew antykomunistom i
populistom, którzy dążą do dyskryminacji przez dekomunizację (por. A.
Michnik: Sofijskie rozmowy, Gazeta Wyborcza z l lipca 1993).
Bezprzykładne opowiadanie się Michnika po stronie prezydenta Żelewa
przeciw opozycji i użycie przezeń epitetu „neofaszyści" pod adresem
uczestników kilkusettysięcznych manifestacji wzburzyło opozycjonistów
bułgarskich. Na łamach stołecznego dziennika Unii Sił Demokratycznych
Demokracja opublikowano 24 czerwca 1993 r. tekst trzech intelektualistów
ostro piętnujący wystąpienie- wybryk Michnika.
Trzej znani bułgarscy pisarze: Boris
Chritstow, Dymitr Korudżijew i Jordan Wasiliew w artykule zatytułowanym:
Cynizm i nietolerancja oskarżyli Michnika o otwartą zdradę ideałów
demokracji i nietolerancję, pisząc między innymi, iż wizyta Michnika
głęboko zraniła uczucia wszystkich bułgarskich demokratów. Przyjechał,
żeby stanąć w obronie prezydenta Żelewa, ale zrobił to w sposób
powierzchowny, prowokacyjny i butny, bez spotkania z Edwinem Sugarowem,
poetą i deputowanym, który ogłosił strajk głodowy; zrobił to bez
wyjaśnienia sobie samemu przyczyn antyprezydenckich i
antykomunistycznych manifestacji w naszym kraju (...) jego wypowiedzi w
Bułgarii były demagogiczne, nieodpowiedzialne i głęboko nas raniące
(...). Jakmożna (...) nazywać setki tysięcy demokratów neofaszystami?
(...) Kto mu pozwolił tak ciężko obrazić najbardziej światłych,
najmądrzejszych i najmniej podatnych na konformizm ludzi w Bułgarii?
(...) Michnik przyjechał i stanął w obronie Żelewa, gdyż obu łączy ten
sam los. Ci dawni idole gotowi są dzisiaj wspierać fasadową demokrację,
za której kulisami wszystkie sznurki ponownie są w rękach komunistów
(...) Michnik okazał się nietolerancyjny wobec bułgarskiej demokracji i
dlatego stracił nasz szacunek i miłość (...) (cyt. za Gazetą Wyborczą z
l lipca 1993).
Z oburzeniem komentowała pełen buty wyskok Michnika w bułgarskiej
telewizji Kristina MetanowaNejman, w 1989 roku założycielka Solidarności
Polsko-Bułgarskiej. W nadesłanym do Tygodnika Solidarność (z 9 lipca
1993) tekście Z dziejów honoru w Bułgarii pisała: (...) Dawne gwiazdy
opozycji są intelektualnie bezradne wobec ruchów protestu przeciw
rekomunizacji. Niczym dawni marksiści, nazywający protestujących przeciw
totalitaryzmowi chuliganami; złożony objaw sprzeciwu wobec recydywy
komunizmu Michnik i inni dysydenci potrafią opatrzyć jedynie etykietką
motłochu lub neofaszystów.
Dla Michnika ruch protestu w Bułgarii jest sztuczny, bo przecież groźby
recydywy komunistów nie ma. Jak można walczyć z czymś, czego nie ma?
-pyta Michnik. Jak robotnicy mogą walczyć z władzą robotników? -pytali
marksiści (...) Michnik powielając komunistyczne schematy dzieli świat
na obóz postępu, czyli reform oraz na wrogie mu siły wsteczne i
reakcyjne. Nie rozumie wydarzeń w Bułgarii, gdyż przykłada do nich swój
ciasny schemat. Stąd pojęcia: nacjonalizm, populizm, wreszcie na
podlejszy epitet - neofaszyści (...).
Pouczające może być przypomnienie, co nastąpiło w Bułgarii w ciągu kilku
lat po skandalicznym wybryku Michnika w sofijskiej telewizji. Najpierw
wbrew jego zapowiedziom doszło do recydywy komunizmu, bo postkomuniści
zdominowali rządy w Bułgarii. Na szczęście tak szybko się,
skompromitowali niedołęstwem i korupcją, że ponieśli zdecydowaną porażkę
w wyborach 1996 roku. Wygrali antykomunistyczni demokraci ci, których
Michnik określił jako „neofaszystów". I teraz Michnik już nie raczej
żadnych szans na brylowanie w bułgarskiej telewizji. Tym bardziej, że do
lamusa historii odszedł, jako całkowicie przegrany, bułgarski druh
Michnika, prezydent Żeliu Żelew, tak długo idący na rękę komunistom.
Dodajmy, że w listopadzie 1993 Michnik popisał się atakiem na przywódcę
czeskiej prawicy premiera Vaclava Klausa. W wywiadzie opublikowanym w
słowackiej Narodnej Obronie Michnik zarzucił Klausowi jakoby łączył
liberalną retorykę z socjalistyczną polityką (wg Rzeczypospolitej z 25
listopada 1993 r). Klaus uznał zarzuty Michnika za absurdalne i głupie,
uniemożliwiające jakąkolwiek po ważniejszą polemikę.
Wysiłki Michnika, Geremka i ich towarzyszy dla ratowania partii
komunistycznej przed ostatecznym upadkiem, a nawet coraz częściej
pojawiające się sugestie potrzeby sojuszu z „komunistycznymi
reformatorami", zaczęły budzić zrozumiały niepokój uważnych
zagranicznych obserwatorów sceny politycznej w Polsce o poglądach
antykomunistycznych. Alain Besancon w wywiadzie dla Tygodnika
Solidarność z 2 III 1990 r. ubolewał, że w Polsce: Nastąpił podział
między antystalinistami i antykomunistami: antykomuniści zostali
odrzuceni na margines (...). Porozumienie z komunistami nastąpiło
kosztem jasnych propozycji dla społeczeństwa (...). Krytykował fakt, że
różni działacze dawnej opozycji w Polsce, konsekwentnie
pomniejszajązagrożenie komunistyczne w Polsce stwierdzając: Od
dziesięciu lat słyszę, choćby od Michnika czy Modzelewskiego, że partia
komunistyczna zanika powoli, ale systematycznie. Otóż mam dowody, że tak
wcale nie jest. Tekst Besanęona wywołał gniewną ripostę Michnika w G W z
22 III 1990 r. Michnik oskarżał Besanęona, że napisał tekst skrajnie
niemądry, pełen płycizny i braku kompetencji, wyrażający jego własną
klęskę intelektualną i polityczną. Zarzucał Besan9onowi, że w istocie
nie ma żadnych dowodów na brak zanikania partii komunistycznej.
Odpowiadając na atak Michnika Besancon zarzucił mu, że jest współwinny
kompromisu skleconego przy „okrągłym stole", który uratował przed
całkowitym upadkiem komunistyczną nomenklaturę. Istotę błędu Michnika
widział w wyidealizowaniu roli Gorbaczowa, potraktowaniu komunistycznego
przywódcy jako „oswobodziciela".
Prawdziwe oblicze Michnika szybko odkryła również znakomita włoska
dziennikarka Barbara Spinelli. Już jesienią 1989 r. dostrzegła, jak
bardzo pozorne są zmiany zachodzące w Polsce, i ostrzegała, że partia
komunistyczna tylko się przyczaiła i chroniąc swoich ludzi, czeka na
chwilę, w której będzie mogła się odegrać (paryska Kultura, 1989, nr 11,
s. 152). W późniejszym szkicu (ze stycznia 1991 r. Spinelli pisząc
wprost o zmarnowaniu zwycięstwa polskiego narodu po 1989 roku, wśród
osób odpowiedzialnych za to wymieniła po nazwisku tylko jedną osobę -
właśnie Michnika, stwierdzając: (...) Broniąc postkomunistycznej
demokracji, która umiała wprawdzie powstrzymać inflację, ale nie
potrafiła tolerować żadnej prawdziwej opozycji, Michnik zdaje się
przygotowywać do dziwnych i przewrotnych sojuszów. Michnik jest zresztą
tylko najbardziej jaskrawym wyrazem głębokiej dezorientacji duchowej,
jaka opanowała elitę intelektualną (...). Elitę, która nie chce mieć nic
wspólnego z Polską przedwojenną, która nie pamięta, co to znaczy służyć
naprawdę krajowi, która żywi pogardę do przedwojennych prób budowania
demokracji. Elitę, która jest dzieckiem komunizmu, której brak punktów
odniesienia w przeszłości i która siłą rzeczy należy po części do albumu
rodzinnego Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego (...). (por.
szerzej: J. R. Nowak: Myśli o Polsce i Polakach, Katowice 1994 r., s.
294-295).
Prowokujący antyżydowskość
Z perspektywy lat coraz bardziej widoczna będzie rola Adama Michnika
jako tego, który zrobił niebywale wiele dla sprowokowania
antyżydowskości w Polsce przez swój fanatyzm i jawne prowokacje,
haniebne ataki na polską historię (w stylu ataku Cichego na Powstanie
Warszawskie). Nikt bardziej niż Michnik nie przyczynił się do
utrudnienia autentycznego dialogu polsko-żydowskiego, on sam jest jego
widocznym przeciwstawieniem. Osobiście dużo bardziej wierzę w możliwość
dialogu z Szymonem Wiesenthalem niż Michnikiem. Rozmowa z Wiesenthalem,
choć niełatwa, może bowiem oprzeć się na wymianie poglądów ludzi o
stabilnych, ugruntowanych przekonaniach, jakichś podstawach w sferze
uznanych wartości. Na każdej wymianie poglądów z Michnikiem można tylko
stracić, bo byłaby to rozmowa z cynicznym, instrumentalnym krętaczem,
dostosowującym swe poglądy wyłącznie do najświeższych potrzeb
politycznych.
Michnika donosy na Polskę
Ileż to razy Michnik bił na alarm na temat rzekomych skrajnych zagrożeń
nacjonalistycznych i antysemickich w Polsce. Ileż to razy wysmażał
„skrajne donosy na Polskę" do różnych gremiów zagranicznych. By
przypomnieć choćby dziwnie przemilczane w Polsce wystąpienie Michnika na
Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie w kwietniu 1990 r. Mówił tam, że
w Polsce grozi antykomunistyczna dyktatura; antykomunizm z bolszewicką
twarzą, któremu towarzyszyć będzie szowinizm, klerykalizm, populizm i
ksenofobia, nie mówiąc o groźbie antysemityzmu (por. Charles Hoffman:
Gray Dawn. The Jews ofEastern Europę in the Post—communist Era, New York
1992, s. 302). A potem nagle z głupia frant Michnik występuje z udawaną
obroną Polaków przed zarzutami antysemityzmu na spotkaniu z
przedstawicielami francuskich Żydów. A w książce Między panem a plebanem
przyznaje, że: partie, które startowały pod hasłami antysemickimi, nie
dostały ani jednego mandatu. W 1989 roku Michnikowska Gazeta Wyborcza
maksymalnie nagłaśnia akcję rabina Weissa w Oświęcimiu, popierając ją. W
1994 ten sam Michnik określa akcję rabina Weissa z 1989 roku jako
klasyczny przykład prowokowania awantury. Jak więc zależnie od potrzeby
występuje jako obrotowy Żydo-Polak, odcinając odpowiednio kupony za
każdym razem od zamanifestowanej postawy. To przedstawia się jako
zatroskany o los Polski patriota, to znów przyjmuje fetowanie w Nowym
Jorku jako „Żyd Roku 1991". W wydanej w 1995 roku książce Między panem a
Plebanem (s. 217) mówi: (...) Kto zajmuje się tym, co mówi Bolesław
Tejkowski? Nikt. W rzeczywistości to właśnie sam Michnik był
odpowiedzialny za maksymalne nagłośnienie tej szowinistycznej nicości
(notabene żydowskiego pochodzenia). Przypomnijmy, że właśnie w Gazecie
Wyborczej z 4 lipca 1991 ukazał się ogromny wywiad z B. Tejkowskim na
dwu kolumnach pt. Żydzi są wszędzie, z wiadomym celem: maksymalnym
nagłośnieniem, jaki to groźny antysemityzm pojawia się w Polsce.
Krzysztof Wolicki napiętnował publikację wywiadu z Tejkowskim jako
„nieprzyzwoitość" (GWz 10 lipca 1991), pisząc: Publikując wywiad z
Bolesławem Tejkowskim. („ GW" nr 154) złamaliście normy przyzwoitości
obowiązujące w krajach o demokratycznej tradycji.
Szczególnie haniebnym „donosem na Polskę" wyróżnił się Adam Michnik w
rozmowie z niemieckim socjologiem Jurgenem Habermasem w 1993 roku.
Posunął się w niej do stwierdzenia: Zanim tu Hitler przyszedł, myśmy
założyli własny obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej (por. Polityka,
1993, nr 47). Skandaliczny był sam fakt porównania hitlerowskich obozów
zagłady z obozem odosobnienia w Berezie Kartuskiej, który służył do
bezwzględnego odizolowania na pewien czas przeciwników politycznych, ale
nie do ich wyniszczania. Kiedy takie stwierdzenie Michnika ukazało się
na łamach prasy niemieckiej, a później amerykańskiej (w prestiżowym New
York Times Review of the Book), sprzyjała potwierdzaniu najgorszych
oszczerstw o „polskich obozach koncentracyjnych".
Znamienne, że w kierowanej przez Michnika Gazecie Wyborczej w lipcu 1994
roku ukazał się źródłowy artykuł Andrzeja Misiuka o obozie w Berezie
Kartuskiej, zakończony słowami: Porównywanie Berezy z hitlerowskimi
obozami koncentracyjnymi, powtarzające się w historiografii radzieckiej,
służyło przede wszystkim zafałszowaniu obrazu państwa polskiego. Rozmowa
Michnika z Habermasem udowodniła, że wcale nie trzeba sięgać do
historiografii radzieckiej, by znaleźć przykłady zafałszowywania obrazu
państwa polskiego. Dosłownie pod ręką mamy bowiem odpowiednie teksty
Michnika.
W dziesiątą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce Michnik
popisał się tekstem: W imię przebaczenia(Gazeta Wyborcza, 13 grudnia
1991), w którym jak mógł starał się wybielić autorów stanu wojennego,
przypominając, że przecież i w Drugiej Rzeczypospolitej też naruszano
prawo, bo w maju 1926 roku dokonano przewrotu w państwie, a 1930 roku w
twierdzy brzeskiej osadzono przywódców antysanacyjnej opozycji. I
akcentował: / wtedy były ofiary, wdowy i sieroty. Zapomniał tylko w
swych porównaniach 1926 roku z 1981 rokiem o jednej podstawowej sprawie,
że Piłsudski stawał w swoim zamachu z oddziałami wojska przeciw
oddziałom wojska popierającym ówczesny rząd i prezydenta, podczas gdy
gen. Jaruzelski narzucił wojnę bezbronnemu narodowi, nie mając w nim
większego oparcia, za to tym większe w ciągłej groźbie interwencji
„Wielkiego Brata" ze Wschodu.
Trzeba przyznać, że Adam Michnik, syn Ozjasza Szechtera, człowieka
karanego sądowo w Drugiej Rzeczypospolitej za zdradziecką działalność
przeciwko ówczesnej Polsce, jest niebywale gorliwy w pomniejszaniu i
zohydzaniu dorobku ówczesnej Polski Niepodległej. Na przykład w
Magazynie Gazety Wyborczej ( 1994, nr 40) Michnik twierdził, że po
śmierci Piłsudskiego władzę w państwie wzięły jakieś czwartorzędne
figury. Protestujący w związku z tą oceną Michnika czytelnik z
Wrocławia, Edmund Jaxa-Nagrodzki pisał, że wśród tych rzekomo
czwartorzędnych figur znaleźli się między innymi wicepremier inż.
Eugeniusz Kwiatkowski, prezydent RP prof. Ignacy Mościcki, minister
spraw zagranicznych płk. Józef Beck, minister oświaty i wyznań
religijnych prof. Wojciech Świętosławski, marszałek Edward Śmigły-Rydz
(por. Magazyn Gazety Wyborczej z 4 lutego 1994).
Typowym przykładem oszczerczych pomówień Michnika w odniesieniu do
historii Polski, niestety pozostawionych bez żadnej demaskującej je
publicznej riposty był fragment tekstu Adama Michnika opublikowanego w
Gazecie Wyborczej w kolejną rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim.
Pisał Michnik: Zarówno heroizm łudzi, którzy pomagali Żydom, jak i
podłość antysemitów są składnikiem polskiego dziedzictwa. I jest to
dziedzictwo tym bardziej kłopotliwe, że wśród tych pierwszych byli także
komuniści, późniejsi gloryfikatorzy stalinowskiego terroru, a wśród tych
drugich także bohaterowie antyhitlerowskiego podziemia i ofiary
stalinowskich procesów (A. Michnik: Bunt i milczenie, Gazeta Wyborcza,
17-18 kwietnia 1993). Zdumiewające, że nikt w całej prasie polskiej nie
postawił wówczas Michnikowi pytania, na czym oparł swoje obrzydliwe
pomówienie? Dlaczego nie zażądano, by wymienił choć jedno nazwisko
bohatera antyhitlerowskiego podziemia, który był jakoby podłym
antysemitą! Bo tak przyparty do muru Michnik mógłby tylko przepraszać za
haniebne pomówienia, tak jak to musiał zrobić w przypadku fałszywie
oskarżonych przez niego działaczy „Mazowsza". Bo mógłby najwyżej powołać
się na fałsze ze stalinowskiej kuźni kłamstw, którymi obsypywano
skazanych na śmierć bohaterów AK, takich jak generał „Nir'Fieldorf.
Prawda o czasach wojny mówi, że właśnie AK robiła, co tylko było możliwe
dla ratowania Żydów (słynna zainicjowana przez nią Akcja Zegota), że
dowództwo AK wprowadziło wyrok śmierci na wszelkie przejawy
donosicielstwa na Żydów, tzw. szmalcownictwa.
W książce dialogu z ks. Tischnerem: Między panem a Plebanem (Kraków
1995, s. 167,187,191,3 85), Michnik starał się maksymalnie zdemonizować
Marzec 1968, jako rzekomo największe nieszczęście polskie po wojnie.
Mówił, że: Marzec utytłał polską świadomość, rok '68 to był horror
horrorów, rok 1968 przyniósł wielką rehabilitację polskiej megalomanii
narodowej, która owocowała straszliwym spustoszeniem społecznej
substancji. I dodawał: Dla mnie Marzec to było rżenie demona. Wtedy
pierwszy raz za mojego życia w Polsce zarżał przerażający demon
nacjonalizmu. Wszystkie te oskarżenia o Marcu 1968 jako horrorze
horrorów głosił człowiek, którego rodzina żyła na znakomitych
„synekurach" w dobie rzeczywiście koszmarnego dla Polaków okresu
stalinizmu.
Wydarzenia marcowe próbuje się przedstawiać jako najważniejsze,
przełomowe wręcz wydarzenie całej powojennej historii, i zarazem
największą, a dla niektórych jedyną zbrodnię komunizmu w Polsce. Jakże
znamienna pod tym względem była wypowiedź Adama Michnika z grudnia 1996
roku. Nawiązując do wypowiedzi pisarza Octavio Paza, iż dla niego
najważniejszą datą na drodze do odejścia od komunizmu była śmierć
Trockiego, zamordowanego w Meksyku, Michnik stwierdził: (...) Dla
Polaków mord na Trockim nic nie znaczył. Dla nas na tej drodze ważny
jest Katyń i rok 1968 (...) (Gazeta Wyborcza z 28-29 grudzień 1996 r.).
Dziwne, że nikt nie zareagował natychmiast na tak groteskowe kłamstwo
Michnika, zestawiające rzeczy tak nieporównywalne, jak Katyń i 1968 rok,
przy równoczesnym pominięciu 17 września 1939 r., zniszczenia AK, rządów
stalinizmu w Polsce, rozprawy z powstaniem w Poznaniu. Przeważająca
większość Polaków nie musiała w ogóle odchodzić od komunizmu, bo go
nigdy nie zaakceptowała jako swego. W 1968 roku odchodziła od komunizmu
niezbyt duża grupa ludzi Michnika czy Geremka.
Adam Michnik, jeden z czołowych współczesnych „gromicieli" polskiego
patriotyzmu, odpowiedzialny za haniebne szkalowanie Powstania
Warszawskiego, krytykował w cytowanej książce Między Panem a plebanem
(s. 146) Prymasa Tysiąclecia kardynała Stefana Wyszyńskiego za to, że
ani razu nie zdobył się na jednoznaczne potępienie antysemityzmu,
istniejącego wśród Polaków i na polskiej ziemi. Nie potępił
przedwojennego getta ławkowego, ani pogromów antyżydowskich. Tę krytykę
wygłaszał Adam Michnik, człowiek, który nigdy nie zdobył się na
potępienie antypolonizmu twórców koncepcji „Judeo-Polonii", działań na
szkodę Polski, podejmowanych przez jakże licznych Żydów działaczy KPP i
KPZU, w tym jego ojca Szechtera, w którego gazecie, tak zdominowanej
przez autorów żydowskich, nigdy nie zdobyto się na uczciwy
samorozrachunek z żydowską antypolską kolaboracją z Sowietami na
wschodnich kresach Drugiej Rzeczypospolitej w latach 1939-1941.
Rokossowski „ofiarą" polskich
„ksenofobów"
W grudniu 1994 roku Michnik posunął swe tropienie polskiego,
nacjonalizmu i ksenofobii do najwyższych granic absurdu, zarzucając, że
w październiku 1956 polscy „nacjonaliści" domagali się usunięcia z
aparatu władzy obcych, Ruskich, Żydów eto. A więc, w odczuciu Michnika
ksenofobią było żądanie usunięcia z Polski narzuconego nam przez Stalina
ministra obrony „ruskiego" marszałka Konstantego Rokossowskiego, polskim
nacjonalizmem było żądanie usunięcia sowieckich generałów z armii
polskiej i sowieckich doradców z bezpieki i informacji wojskowej. Niżej
chyba już nie można było upaść od autora tak głupawych stwierdzeń.
Po stronie bogatych
Mało pisano dotąd o roli Michnika i GW w stworzeniu bezkrytycznej
aprobaty dla planu Sorosa-Sachsa-Balcerowicza i konsekwentnym
minimalizowaniu spowodowanych przez niego szkód gospodarczych i
społecznych.
23 VIII 1989 r. czytamy w G W tekst Czy Sachs powtórzy sukces
Grabskiego? Dzień później na pierwszej stronie publikowane jest
omówienie programu J. Sachsa pod wielce obiecującym tytułem Cud
gospodarczy w Europie? (Sachs obiecuje: Likwidujemy całkowicie inflację
w ciągu sześciu miesięcy. Stopa życiowa zacznie wzrastać za pól roku.
Nie dajcie sobie wmówić, że radykalny program gospodarczy wymaga
cierpień i wyrzeczeń). W parze ze skrajną apologetyką planu
Sorosa-Sachsa-Balcerowicza idzie ciągle, konsekwentne przemilczanie
tekstów, podważających jego koncepcje czy ukazujących słabości
realizacji. We wrześniu 1989 r. w G W zablokowano druk zamówionego
wcześniej tekstu słynnego czeskiego ekonomisty, późniejszego premiera
Vaclava Klausa, na ten temat. Zablokowano ze względu na to, że tekst
okazał się krytyczny wobec planu (por. uwagi Klausa w wywiadzie dla
Rzeczpospolitej z 411990 r.).
Ciągła tendencyjność GW w wysławianiu rzekomych plusów planu
Sorosa-Sachsa-Balcerowicza nie była czymś przypadkowym. Wynikała ze
skrajnej niewrażliwości Michnika na los biedniejszych warstw
społecznych. Z tego, że on sam był i jest bez reszty zaangażowany po
stronie bogatych beneficjentów balcerowiczowskich przemian. Nader celnie
obnażył to Gustaw Kerszman w paryskiej Kulturze z grudnia 1995 r.,
przytaczając dialog Jacka Żakowskiego i Adama Michnika z książki Między
Panem a Plebanem:
(...) J. Żakowski: Ja ci opowiem, co to jest iluzja wolności w Polsce
1994 albo 1995. Mieszkasz w Mielcu. Nie masz pracy, twoja żona nie ma
pracy, skończył wam się zasiłek, wyłączyli wam prąd, zaraz was będą
eksmitowali, goni was komornik i nie masz cienia szansy na znalezienie
żadnej roboty w promieniu pięćdziesięciu czy stu kilometrów...
A. Michnik: Masz wolność, więc się możesz z tego Mielca wynieść. Możesz
pojechać do Krakowa i tam dostać pracę.,J. Żakowski: Właśnie, że nie
możesz: nie masz na bilet; nie masz gdzie mieszkać w Krakowie i jak
wyjedziesz, nie będziesz miał dokąd wrócić, bo komornik zabierze meble,
a kwaterunek zajmie ci mieszkanie. To jest zniewolenie może bardziej
dotkliwe od tego, że dawniej nie dali ci paszportu, albo nie pisali
prawdy w gazecie, której przecież nikt nie kazał ci czytać.
A.Michnik: Jakbym słyszał Bieruta (...).
Komentując słowa Michnika, Kerszman pisał: Chyba to upiór Homo
sovieticus lub inny zły duch podszepnął Michnikowi najpierw argumenty w
stylu Marii Antoniny, a później terrorystyczną próbę zamknięcia ust
argumentacją naprawdę nie na j ego poziomie. Autor paryskiej Kultury
uznał Michnika za typowy przykład ewolucji wielu działaczy opozycji
demokratycznej po 1989 roku w stylu mickiewiczowskich słów:
Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem
Demokrata przyjechał z Paryża baronem.
Dawni opozycyjni demokraci zamiast zatroszczyć się o to, by przemiany
ustrojowe służyły w możliwie największym stopniu interesom najsłabszych
grup w społeczeństwie, dążyli wyłącznie do zneutralizowania ich
możliwości oporu wobec procesów transformacji. Jak pisał Kerszman:
Ludziom takim, jak mielecczanie Żakowskiego, którym zmiana ustroju
zamiast obiecywanej poprawy przyniosła bolesne pogorszenie sytuacji
życiowej, zaczęto wmawiać, że są sami sobie winni jako pozbawieni
przedsiębiorczości nieudacznicy. Jeśli przyjmowali los nie dość
pokornie, zarzucano im na dodatek nastroje roszczeniowe, niezrozumienie
konieczności ponoszenia ofiar na ołtarzu transformacji, populizm i inne
brzydkie rzeczy.
Krytykując postawę Michnika, który uznał za jedną z cech Homo sovieticus
opory przed błyszczeniem bogactwem wobec biednych, Kerszman stwierdził:
Nie uważam (...) za przyzwoite popisywanie się bogactwem wobec ludzi,
których nie bardzo stać na chleb czy lekarstwa (...). Jeśli ograniczenia
dotyczą spraw bardzo żywotnych: zaspokojenia podstawowych potrzeb
biologicznych, leczenia, nauki, działają nie tylko boleśnie, ale też
upokażająco i poniżająca (Kultura 1995 r, nr 12, s. 116, 123).
Wychowawca czy deprawator?
Jan Skórzyński w tytule panegirycznego artykułu poświęconego Michnikowi
na łamach Rzeczypospolitej z 14 XII ub. r. zapytuje Polityk czy
wychowawca? Cóż za groteskowe postawienie sprawy w odniesieniu do
Michnika! Pokazaliśmy już do jakiego stopnia był destrukcyjnym, nawet
dla własnego obozu, w warunkach demokratycznego życia politycznego po
1989 roku. Najszczerszą prawdą jest to, co sam kiedyś powiedział
krygując się w ankiecie Polityki: Największym moim błędem jest to, że
zająłem się polityką (Polityka z 23-30 XII 1989 r.). Szczytem satyry
wydaje się zaś nazwanie Michnika wychowawcą. Naczelny G W musiał długo,
długo chichotać po przeczytaniu takiego określenia pod swoim adresem.
Nazwać wychowawcą czołowego obok Urbana niszczyciela wartości,
narodowego nihilistę i niszczyciela wartości narodowych tradycji,
najprzebieglejszego harcownika walki z religią i tradycyjnymi
wartościami etycznymi. Amoralny wychowawca? A oto próbka wzorców
moralnych, lansowanych przez „wychowawcę" z Wyborczej (cytuję za
artykułem Michnika w G W z 31 XII 1992 r.): (...) Zwycięski Bili
Clinton, który w młodości palił „ trawkę ", nie chciał walczyć w
Wietnamie i ponoć nawet miał poza małżeńską kochankę, będzie być może i
dla nas propozycją jakiegoś innego wariantu amerykańskiego mitu, jakiejś
innej, bardziej nowoczesnej propozycji cywilizacyjnej (...).
Oto propozycje „cywilizacyjne" na miarę „nowoczesnego"
wychowawcy-Michnika: „palenie trawki", niechęć do walczenia w narodowej
armii i niewierność małżeńska. Jest to oczywiście pewien dość
konsekwentny styl życia, cóż to ma jednak wspólnego ze wzorami
wychowawczymi?! Warto przypomnieć wspominkowe uwagi Jacka Kuronia na
temat innej z cech „wychowawcy" Adama Michnika: (...) A Adaś jest
książkowym wariatem. Swego czasu wylansował modę na kradzież książek.
Kradł, to znaczy brał u kogoś z półki i sobie zabierał (...). (cyt. za
publikowaną w Res Publice z marca 1996 r. rozmową z Kuroniem Na trzy
sposoby, s. 51).
Właściwie to powinno się Michnikowi współczuć. Niewiele jest osób, które
do tego stopnia zaprzepaściłyby swoje talenty, bezbłędnie zmierzając ku
nieuchronnej auto kompromitacji. Swojej i swojego obozu - Unii Wolności.


Adam Michnik - Aaron Szechter (żyd) i
Thomas Cushman (żyd) redaktor "Journal of Human Rights" , Warszawa 01/2004
"Raz
kurwa, zawsze kurwa"
- George Orwell
fotografie
i opisy polonica.net
|
| z
pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw
autorskich, w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania
historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną
powinność i obowiązek rozpowszechniania informacji, celem
edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi
przemilczeniami i fałszami. |
|
wersje internetową
opracowala i przygotowala Polonica.net
Polski Związek
Patriotyczny
Katolicko-Narodowy Ruch Oporu
kontrjudaizacji i kontrdepolonizacji
O.R.K.A.N.
|